piątek, 26 lipca 2013

Dzień 4

Królewicz na białym... rowerze

Dzień czwarty wypełniony był zbyt dużą ilością wrażeń, nawet jak dla mnie. Na wszystkich poziomach.

Zacznijmy od sprawy tak niewinnej jak ten wpis. W razie gdyby nie było to oczywiste, chociaż dla tych, którzy śledzą ten blog jest to jasne: nie spisuję moich rowerowych historii na bieżąco. Nielicznymi razy rzeczywiście mi się to udało, ale cudem gdyż moje rowerowe wypociny zazwyczaj rodzę będąc z powrotem w domu. Czasami zaraz po, kiedy moja pamięć jeszcze świeża, czasami dopiero po roku, kiedy w końcu udało mi się uspokoić i postanawiam, że mogę pokazać światu zdjęcia nawet jeśli z tyłu nie ma kontekstu historycznego (zresztą, kto dzisiaj jeszcze czyta?!). Sezon 7. spisuję, raz jeszcze, rok później. Jak? Procedura polega na przeglądaniu i wybieraniu najlepszych zdjęć na stronę a następnie na kapitalizowaniu wspomnień, które odkopały one z niepamięci.

Oglądając zdjęcia, przeniosłam się do przeszłości tak realistycznej jak teraźniejszość. Cofnęłam się myślą do zapomnianego, przypomniałam sobie przygodę, podniecenie... Przypomniało mi się, że po kolacji konwersacja zaczęła dryfować w kierunku rowerowania (zdziw?) i, że Halbe zaczął pokazywać nam zdjęcia i opowiadać o wyprawie do Turcji. Przypomniało mi się jaka byłam zaczarowana oglądanymi niecodziennymi krajobrazami, naturą, zabytkami... Odżyły mi w pamięci anegdoty Halbe o dziko pasących się psach oraz nigdy-niekończącym strumieniu herbaty tak chętnie proponowanej przez lokalnych mieszkańców. Wszystko tom a szczególnie myśl o udaniu się do Turcji, wywołało we mnie ponowny przypływ adrenaliny. Tak jak wtedy, rok temu, na tej kolacji u Halbe. Przypomniała mi się również na pół-pijana przysięga jaką wtedy podjęłam sama ze sobą (było późno i byłam naprawdę ledwo-ciepła), iż następną moją podróż odbędę w Turcji właśnie...!

Kiedy odżyły we mnie te wszystkie wspomnienia i emocje, tak się podekscytowałam, że jak stałam tak wszystko rzuciłam! Ogarnęłam bilety lotnicze, kraj, możliwe trasy oraz wakacje w pracy i zaledwie 1 miesiąc później lądowałam w gorętszej-niż-piekło Ankarze i wyruszałam w trasę przez Turcję (sezon 8: Ankara – Istnabuł).

No i tak teraz spisuję mój 4 dzień 7. sezonu rowerowania 1-2 lata później...

Oczywiście, im dłużej się zwleka tym pamięć bardziej kaleka. Jestem więc ograniczona do pamięci zapisanej w zdjęciach... Oby tych przynajmniej było sporo, bo dzień ten był naprawdę przełomowy!

Odcinek 4. składał się z:
- wyjechaniu w moje znane nieznane; 
- złapaniu kapcia 5 km po starcie, tuż przed wybuchem ulewy;
- bycia wybawioną z opresji przez królewicza na lśniącym rowerze;
- wpadnięciu na Halbe na 125. kilometrze trasy;
- spokatniu mojego KLONA, mojego DOKŁADNIE-IDENTYCZNEGO ja albo mojego odseparowanego w przeszłości bliźniaka syjamskiego, w wersji męskiej: Leo!

Ciąg dalszy kiedy indziej...

Przebyta dzisiaj trasa:
Dystans: 135,08 km
Czas jazdy: 7h00
Średnia prędkość: 19,2 km/h

Całkowity dystans: 427,6km

 Dzień rozpoczął się niepozornie.
 Ja wyruszłam w swoją drogę a Halbę w swoją.

Po zaledwie kilku skrętach musiałam wymienić dętkę.

Ponownie niczego się nie nauczyłam, 
gdyż tam gdzie rower do góry nogami i cyklistKA, tam i znajdzie się królewicz!
A po wzmacniającej przękąsce...

...królewicz postanowił odprowadzić mnie te kilkadziesiąt kilometrów.
Przez knieje i moczary...

... po grodziska i kaszetele...

...wprost do knajpy na obiad!

Nasze drogi rozeszły się gdzieś w puszczy.

Lecz rychło spotkałam znajomą mi twarz (Halbe, zapodaj tym zdjęciem!).

Noc (jakże krótką!!!) spędziłam na niekończącym niedowierzaniu:
znalazłam swój męski odpowiednik: Karolinę w wydaniu Leo!!!

I to by było na tyle.

czwartek, 25 lipca 2013

Dzień 3

Afsluitdijk? Że co proszę?!

Dzisiejszy dzień będzie o ludziach.

Ale od początku. Poprzedniego wieczora, goszczący mnie Aldo ostrzegł mnie, że w jego pokoju gościnnym panuje coś w rodzaju „klątwy łóżka”. Ludzie obiecują sobie, że wstaną o tej albo o tamtej, ale jak przychodzi co do czego, to nie mogą się od tego łóżka odkleić.

Biorę ten fakt pod uwagę i w pełni przygotowana na trudny poranek, ustawiam budzik na 9 aby móc wyruszyć koło 10. To dosyć późno jak na mnie ale potrzebuję się wyspać, jeśli mam nie umrzeć na dniach. Dziewiąta jednak wybija, a ja jak wściekła wciskam przycisk „DRZEMKA”. Umówmy się, że postanowiłam nie być tą, która przerwie „klątwę łóżka”....

Poprzedniego wieczoru zajął się mną Aldo natomiast rano pieczę nade mną sprawować będzie jego dziewczyna, Lieske. Jeszcze nie dane było nam się spotkać, bo pracowała do późna w nocy. Lies puka do mojej sypialni po 10tej – gdyż po mnie ani widu ani słychu, ani o dziewiątej ani o dziesiątej – co jest odpowiednią motywacją, żeby się w końcu zwlec z wyra po 11tej...

Śniadanie jest podane nie tylko z upragnioną kawą ale również dobrą rozmową. Delektuję się nimi leniwie i opóźniam moment odjazdu. Chciało mi się „więcej ludzi” więc więcej ludzi dostaję. Ale droga uporczywie wzywa i kilometry też. Co ważniejsze, to czeka na mnie cała rzesza osób, nieco dalej na drodze. Jedna z nich jest nawet powodem, dla którego nie odłożyłam mojego wyjazdu na później pomimo niesprzyjających warunków nieprzespanej pierwszej nocy i rewolucji żołądkowych (o, czyżbym zapomniała o nich wspomnieć?).

Postanawiam kontynuować wczorajszą trasę pociągiem na północ o kilka dodatkowych kilometrów. I kiedy w końcu udaje mi się ruszyć tyłek – grubo po południu ale bez napinania i pewna swojej decyzji – kieruję swoje dwa koła do dworca. Pedałować zacznę dopiero około 14tej albo i nawet 15tej, więc muszę mądrze obrać cel podróży. Wybór pada na swojsko brzmiącą mieścinę o nazwie Anna Paulowna. Dzisiejsza przejażdżka będzie zwięzła i konkretna, gdyż jechać będę po najdłuższej z Holenderskich zapór wodnych: Afsluitdijk. A tam można tylko prosto i do celu.

Chyba wszyscy długodystansowcy znają to uczucie: kiedy spotykając podobnego nam zapaleńca, w momencie wymiany spojrzeń, nawiązuje się między nami niewymówiona acz głęboka nić porozumienia.

Ta nić pojawia się na przykład, kiedy mijam jadącego sobie starszego faceta i jego prawie muzealną wyścigówkę. Zagaduje mnie po holendersku i z moich resztek niemieckiego rozumiem, że pyta o standardowe: skąd, gdzie i dokąd potem. Okazuje się, że również jedzie do Den Oever (gdzie zaczyna się tama) i postanawia mi potowarzyszyć. Uwielbiam jeździć z okolicznymi rowerzystami, gdyż oni zawsze znają trasę (tą najlepszą!) i mogę po prostu się odprężyć i pedałować ślepo za nimi, bo oni będą wiedzieć gdzie i kiedy skręcić.

Ale, dzięki bogu, że oprócz bycia rowerzystką jestem również lingwistką! Facet jest uroczy i próbuje ze wszystkich sił się ze mną dogadać... tyle tylko, że nie mówi ani słowa w żadnym innym języku (żywym bądź nie). Moje dogorywające szczątki niemieckiego umożliwiają mi wyłapać momenty, w których mogę się uśmiechnąć lub pokiwać głową... Facet tak jest zadowolony z naszej wspólnej jazdy, że „podwozi” mnie aż do samej bariery Afsluitdijk.

Do przejechania mam 30km, w jednej prostej linii. Niemożliwością jest tu zbłądzenie, więc powinnam znaleźć się po drugiej stronie za półtorej godziny. 

 Trzydzieści kilometrów, jak odmierzonych linijką.

Po półtorej godzinie jestem rzeczywiście po drugiej stronie zapory. Pod jej koniec wyprzedzam kilka grup rowerzystów. Łał, wygląda na to, że aż tak się nie ślamazarzę! Czy może chodzi tu bardziej o zbawienny wpływ dobrze przespanej nocy? Dobra noc może naprawdę zmienić życie...

Inną zmienioną rzeczą po tej stronie tamy są krajobrazy. Są w nich i stada owiec i urocze miasteczka. A także turbiny wietrzne. Jedna na każdym gospodarstwie – pomyśleć można, że to wiejski odpowiednik zwierzątka domowego albo coś!

Region jest przepełniony spokojem i czuć w nim swojskość, która dostępna jest tylko z wewnątrz. Tym bardziej się cieszę, że będę miała okazję poznać to miejsce od środka, dzięki tej jednej osobie, którą tak bardzo chciałam zapoznać: gospodarza Warm Showers – Halbe.

Warm Showers to strona podobna do Couch Surfingu, z tymże wszyscy na niej zapisani są rowerzystami. Halbe jest moim pierwszym gospodarzem WS i od dłuższego czasu raduje się nadchodzącym spotkaniem.

Ta wspaniała znajomość WS rozpoczęła się od wymiany kilku wiadomości przez stronę. Komunikacja z Halbe była doświadczeniem samym w sobie: szybka, zajmująca – rozrywka w stanie czystym.

Uwaga na marginesie: uważam się za powolną pisarkę. Nie lubię zbytnio pisania, a jednak siedziałam do późna w nocy i odpisywałam jak opętana na super emaile Halbe. To właśnie to poczucie porozumienia, o którym pisałam wcześniej, zmotywowało mnie do trzymania się mojego planingu pomimo pewnych trudności na linii startu.

Kilka kilometrów przed dzisiejszym celem esemesuję do Halbę by się zapowiedzieć. Nawet się nie orientuję że mam odpowiedź, w której oznajmia mi, że wyjeżdża mi naprzeciw i spotkamy się w połowie drogi. Możecie sobie więc wyobrazić jakie mam ździwko, kiedy nagle jakiś rowerzysta jadący w moją stronę do mnie macha i się uśmiecha od ucha do ucha. Podjeżdża do mnie:

- Karolina, prawda?
- Taaa... ale skąd... czy ty... Halbe?
- Tak jest! Postanowiłem po ciebie wyjechać i tylko miałem nadzieję, że wyjadę po ciebie na dobrą drogę. No i jesteś!
- Eeee... bo wjechałam nie na tą co trzeba?
- Nie, ale że wszystkie drogi prowadzą do domu, wybrałem jedną i rozglądałem się na prawo i lewo, żeby móc cię w razie czego wypatrzeć na horyzoncie.

Pozostałe 10km pozostawiamy za sobą w mgnieniu oka i w szybko rozkręconej pogawędce. Kiedy dojeżdżamy na gospodarstwo i zostawiamy rowery w ogromnej stodole, nic nie sugeruje tego, że mieszkalna część posesji jest nowoczesnym, dizajnerskim cudeńkiem. Prawdziwy ukryty diament.

Poznaję żonę Halbę oraz dwóch innych rowerzystów, których rodzina nocuje tego samego wieczoru. Kolacja się robi, więc wskakuję pod prysznic, ogarniam się i schodzę na wieczór w tematyce „jak u przyjaciół”.

I jak często bywa, jest dużo gadania, śmichów-chichów i, jak zwykle, za mało czasu... Dzielimy się, oczywiście, rowerowymi-przygodami a Halbe swoimi ostatnimi zdjęciami z wyprawy do Turcji. Po zapoznaniu się z jego opowieścią i niesamowitymi zdjęciami, decyduję z miejsca, że terenem mojej przyszłej wyprawy będzie właśnie ten kraj.

Ale zanim znowu się zapowietrzę z podniecenia, widzę, że czas do łóżka, więc grzecznie wskakuję w piżamę. Jutro będzie dniem długim, więc jeśli chcę dojechać gdziekolwiek w okolice mojego jutrzejszego celu, powinnam być już pod pierzynką.

Przebyta dzisiaj trasa:
Dystans: 69,76 km
Średnia prędkość: 18,3 km
Czas jazdy: 3:49 h

Dystans całkowity: 292,4 km

Prosto i do celu. Zbłądzić nie można.

 Bike selfie...

I to by było na tyle.

środa, 24 lipca 2013

Dzień 2

Czy to już jest koniec?

Budzę się w bólach i cierpieniu po upojnej, długo-oczekiwanej nocy. Przypomnę: dnia wczorajszego padłam martwa na łóżko po przejechaniu prawie 130km, które to wyrobiłam po nocy długiej i szerokiej na 3 godziny. Tak bym chciała móc nie obudzić się... nigdy. Ściągam się jednak z łóżka, na dole słyszę już bowiem krzątających się gospodarzy.

A goszczę u uroczej pary, seryjnych Couch Surferów, Wim i Marjan, którzy, nota bene, również kochają rowery. Marjan jest odważną, przemieszczającą się tylko bicyklem, i to nawet w ciemnych zakamarkach miasta, panią w wieku mojej mamy, a Wim to zasuwający codziennie 50 km adept roweru poziomowego.

Ludzie, u których się zatrzymuję w czasie moich wypraw, to materiał na osobną książkę. To dzięki nim moje eskapady są w ogóle możliwe. Dzięki nim, mimo iż podróżuję samotnie, pod koniec dnia nie jestem sama. Są jak rodzynki w cieście drożdżowym: niespodziewanie i słodko urozmaicają monotonię mojej codziennej rutyny rowerowej. I zawsze mi ich mało!

...ściągam się więc z tego łóżka, plując sobie w brodę, że następnym razem powinnam na każdy dzień jeżdżenia przewidzieć jeden dzień odpoczynku, aby móc w pełni nacieszyć się ludźmi, u których goszczę. Śniadanie, ogarnięcie się, obudzenie (tak tak, w takiej kolejności), no i w drogę.

W promieniach porannego słońca, mijam jadących do pracy rowerzystów. Oni do swojej rutyny, a ja już w swojej. Szybko docieram do Middelburgu, w którym, w końcu, jakieś kanały i nawet jeden młyn zaliczam. No a potem prosto po płaskim, z jednej wyspy na drugą. Wyspy, według opisu trasy EuroVelo, miały być pięknymi wydmami, o ograniczonym ruchu samochodów. Jednak większość tego odcinka to region o krajobrazie bardzo przemysłowym, z urzędującymi tu, na skalę także przemysłową... mewami. Przejeżdżam bowiem przez potężne, szaro-bure tamy, postawione przez rząd holenderski aby chronić kraj przed nawracającymi powodziami.


Widokami nie mam się więc co napawać, wiatr mi w twarz ale przynajmniej jest prosto i do celu. Na jednej z takich zapór wodnych zaczyna mi przed oczyma majaczyć flaga polska. Przyśpieszam, doganiam: tak! Rowerowi-rodacy! Wyraźnie miło zaskoczeni moim polskim „witam”. Wymieniamy się standardowymi rowerowymi uprzejmości: „a skąd?”, „a dokąd?”, „a ile kilometrów?” itp., itd. Zwięzłe acz do celu. Kolega i koleżanka jadą „spalić się” w Amsterdamie. No to okej! No ale my tu gadu gadu, a jechać trzeba, więc nasze drogi wkrótce się rozjeżdżają.

Docieram do kolejnej zapory wodnej, która bardziej niż tamą jest wylęgarnią... kite surferów. Widok niesamowity, acz niestety nie daje się łatwo na aparat przełożyć.


Po lewej morze, ja tnę rowerową autostradą, a po prawej, wolniej ode mnie!, ciągnie się stara kolejka parowa. Pozytywnie!

Mniej pozytywne jest jednak to, że umieram. Boli mnie całe ciało. Coś strasznie trudne to rowerowanie. Nie pamiętam, żeby moje poprzednie wyprawy były tak bolesne. Notorycznie się zatrzymuję, bo nie mogę zwyczajnie na siodełku wysiedzieć. Bez wchodzenia w szczegóły, boli mnie tyłek po prostu, ręce, tak, że kierownica się ich nie trzyma, a plecy i szyja dobijają trzymające się mnie resztki siły i energii. Dlaczego??? O co chodzi? Przecież zawsze tak dobrze nam było z moim rowerem... Co jest nie tak?

Kiedy na kolejnym przystanku na plaży omal nie zasypiam na pół dnia, dochodzę do wniosku, że dużo mogę, ale organizmu nie oszukam. Nie dospałam te kilka dni przed wyjazdem i ciało każe mi teraz za nocne szaleństwa zapłacić. Oprócz tego wlokę ze sobą trwający już ponad 2 tygodnie kaszel... hmmm, może czas na przerwę?

Na liczniku mam już prawie 90 km a do celu zostało mi jeszcze jakieś 60... W normalnych warunkach, tzn. gdybym była wyspana i nie chorowała od 2 tygodni, 150 km po płaskim to żadna sztuka zrobić. W warunkach aktualnych jednakże, dogorywam, umieram, nienawidzę roweru, chcę zapaść w śpiączkę i nigdy na nogi już nie powstać. Okej. Potrzebuję przerwy. Jestem tuż pod Rotterdamem, postanawiam zeskoczyć tu z roweru i wskoczyć do pociągu.

Dzień ten moralnego niepokoju kończę u kolejnych Couch Surferów, Aldo i Lies. Kolega Aldo raczy mnie kolacją, pełną pasji konwersacją, a wieczór puentujemy piwem na plaży. Boże, jak wspaniale jest tak sobie siedzieć nie ruszając żadną z kończyn...

Bilans dnia: ujm na honorze – 1, rowerowych ofiar śmiertelnych – 0.

Przebyta dzisiaj trasa:
Dystans: 93,7 km
Czas jazdy: 5h08
Średnia prędkość: 18,2km/h

Dystans całkowity: 222,6 km

Rowerem do pracy.

Mój pierwszy holenderski młyn.

Plaża plażą...

...tylko obym nie przysnęła!

Barier wodnych profil drugi.

Rowerowa nadmorska autostrada.

I to by było na tyle.

wtorek, 23 lipca 2013

Dzień 1

Trasa prawdziwie europejska

Trzy godziny snu. Na nogi się zwlekam o 5:30 (rano, żeby nie było wątpliwości). To już taki mój standardzik, przed wypadami rowerowymi i staje się nudne. Następny njus proszę.

Biorąc pod uwagę ilość kilometrów do przejechania oraz moją dostępność czasową, muszę wskakiwać do nieziemsko wczesnego pociągu do Dunkierki. O 8:30 siadam na siodełku.

Jedziemy!

Nadmorskie promienie słońca i zapach nadchodzącej przygody zmywają ze mnie zmęczenie. Kierunek: informacja turystyczna, w której dostaję mapkę regionu (kocham mapy!) i zostaję pokierowana nad morze. Moje pierwsze tête-à-tête z Morzem Północnym następuje zaledwie chwilę później. Jestem bardzo dumna i zadowolona, że jestem na prawie pustej trasie nadmorskiej przed 9tą rano. Kręcę zatem tempem spacerowym i cieszę oczy widokami. Nawet funduję sobie objazd aby osobiście sprawdzić jak wyglądają wydmy. Niestety, jednak dobrze pamiętałam z lekcji gegry: to po prostu kupa obrośniętego zielskiem piasku... Nie mam na to czasu. Czas za to mam na któreś kolejne z rzędu nałożenie jednego z moich kremów przeciwsłonecznych: bezpieczeństwo przede wszystkim!

Nim się orientuję, mijam granicę z Belgią. Architektura zmienia się jak za stanowczym pociągnięciem pędzla i bardzo szybko przypomina mi się dlaczego, nawet w myślach, nie widziałam się w Brukseli. Te ulice, budynki... cała estetyka belgijskich miast wpędza mnie w stany ponure-pomieszane-z-depresyjnymi. Bo są smutne i szare. No nie mój styl po prostu. Nawet nadmorskie miejscowości nie wyglądają jak to co przywykłam widywać w jakichś tam sensownych odległościach od wody. Miasteczka belgijskie przypominają bardziej podparyską dzielnicę biznesową La Defense (albo raczej jej sąsiada, sypialne osiedle Courbevoie) – "załamka". Cały region zresztą jest mocno uprzemysłowiony. To tłumaczy: niewielką ilość zdjęć jaką tam wycykałam (fotografia przemysłowa nie wchodzi bowiem w obszar moich kompetencji, a to prawdziwa sztuka sama w sobie) czy zero podobnych mi rowerzystów. Dobrą jakością mogą się poszczycić za to drogi rowerowe, ale nimi rozkoszują się jedynie lokalni mieszkańcy (no bo kto by się rwał jeździć tutaj turystycznie?).

Jedną rzeczą, którą region się w ciekawy sposób wyróżnia, to statki i łódki, które są po prostu wszędzie. Ludzie mają zaparkowane prawdziwe łajby, takie z masztami i całą resztą, na asfalcie, tuż obok bloków: Jezu, jak oni to robią? Albo zacumowane są w prywatnych marinach, wciśniętych pomiędzy drogi i osiedla. Szał ciał!

W końcu, kilka kilometrów przed duńską granicą, krajobraz zmienia się w coś bardziej fotogenicznego. Jak się okazuje później, ciekawa zieleń, w którą wjechałam to belgijski rezerwat przyrody „Het Zwin”. Po pół godzinie okazuje się, że jestem już w Holandii. Okazuje się, bo granica jest tak dyskretna, że jej po prostu nie zauważam. Jeszcze tylko kilka kółek pedałami wzdłuż kanału i morza, i jestem w Breskens, w którym hop, wskakuję na prom. Przepływ próbuję spożytkować na odespanie kilku minut, ale chyba jestem zbyt zmęczona, bo nie udaje mi się to wybitnie... No i zaraz wysiadam we Flushing.

To na prostej drodze doznaję szoku kulturowego. Jadę sobie przed siebie, na małej, całkowicie opustoszałej drodze różowym zmierzchem, małej dróżce prowadzącej mnie z portu do mojego dzisiejszego celu. Jakiś motor zaczyna na mnie trąbić, podjeżdża do mnie i zaczyna mówić mi po niderlandzku, że „droga jest tylko dla aut i że mam jechać chodnikiem”. Kiedy nie reaguję na jego holenderski monolog, podjeżdża jeszcze bliżej i na migowy-Angielski każe mi zjechać na chodnik. Niechętnie, ale zjeżdżam, byle tylko się już odczepił. Doświadczam następnie wątpliwej przyjemności testowania tegoż zrobionego-z-tak-praktycznej-pod-rower-kostki-brukowej chodnika... To podobno te osławione w całym świecie holenderskie „ścieżki rowerowe”, do podziału pomiędzy rowerami, motocyklami i przechodniami.

Ale chwilę, czy Holandii nie okrzyknięto kiedyś przypadkiem „Rowerowym Rajem”?

Jeśli to to, to ja windą do Piekła poproszę.
  
Przebyta dzisiaj trasa:
Dystans: 125 km
Czas jazdy: 7h59
Średnia prędkość: 15.7 km/h

No to zaczynamy.

Pierwsze spotkanie z morzem... Się rozmarzyć można...

 Uwierzylibyście, że ludzie szukają jeszcze złota w piaskach?!

Nowy kraj, nowe przygody!

Jak jakiś stary dobry pomnik socjalizmu, nie?

Na lewo morze...

 ... na prawo czołg.

Do ogłądania niewiele...

 ... więc zostaje tylko jechać prosto przed siebie.

Ulica, łajby, bryki...

Lokalne pejzaże...

... i okoliczne widoki.

Klocki lego?

Most!

Kończy się Belgia, zaczynają fajne miejsca.

Rezerwat przyrody "Het Zwin".

Światełko w tunelu!

I to by było na tyle.

sobota, 20 sierpnia 2011

Napisy końcowe

600km w nogach

Za sobą mam wspaniałą imprezę na 2 nogi i 2 kółka, pełną fajnej jazdy, dobrych dróg (spokojnych!), inspirujących spotkań z ludźmi i przepięknych widoków.
Chciałabym podziękować wszystkim, dzięki którym ta wyprawa była możliwa, czyli:
* wspaniałemu sponsorowi, który wyposażył mnie w genialny rower *

Rower ów, po wielu przeżyciach, skończył następująco:
No dobra, tylko żartuję.
* serwisowi Polska na Rowery.pl, który objął patronatem moją przejażdżkę po Polsce *

* mojej mamie, która odkryła w sobie wewnętrznego menadżera, PR-owca i konsultanta *

A zakończę tak: nie trzeba daleko jechać aby odkryć wspaniałe miejsca i przepiękne widoki...

Cuda są tuż za rogiem.
Wystarczy wyłączyć kompa i wyjść z domu.

wtorek, 3 maja 2011

Dzień 6 (ostatni!)

Rawicz - Wrocław - 60km

Szanowni Czytelnicy! A więc nie przejechał mnie traktor ciągnący oborę, jak tu ktoś próbował zasugerować... Aczkolwiek przeżycia mojego Szóstego Ostatniego Dnia Rowerowania w drugiej edycji Sru de Pologne były tak traumatyczne iż kilka miesięcy zajęło mi dojście do siebie, pozbycie się traumy i doprowadzenie się do stanu używalności tak, by móc ponownie z optymizmem i odwagą... wychodzić z domu czy napisać brakującą relację na blogu! Dzień Szósty bowiem następująco:

Ostatni dzień, tylko 60km do przejechania... ach jak wspaniale! och jak przyjemnie! Jeśli się wystarczająco rozpędzę to dam radę przed obiadem. Tylko że na rano nasi nieomylni synoptycy zapowiadają przelotne deszcze. I rzeczywiście, ranek za oknem jest szaro-buro-mokry. Postanawiam więc przeczekać deszcz, który zresztą szybko przeradza się w ulewę i wykorzystać późniejszy start na zakupienie TAAAK kremu na poparzenia słoneczne, których nabawiłam się w poprzednich dniach. o 11.00 pada jednak nadal a mi śpieszno, żeby wyruszyć. Zaprzyjaźnieni rowerzyści czekają na mnie przy wjeździe do Wrocławia aby wspólnie przebyć ostatni odcinek.

Z cukru, jak wiadomo, naród kolarski robiony nie jest, a i na jazdę w deszczu mam już certyfikat poparty wielokilometrowym doświadczeniem. Dlatego postanawiam wybywać ze sportowego przybytku i chwały miasta Rawicz pomimo niesprzyjających warunków atmosferyczno-meterologicznych jak najszybciej.

A tu pada. Ciągle pada. Jest mokro. Jest *mi* mokro. W butach zaczynam pływać. Bez trzymanki. Odkrywam, że jednak będę mogła zwrócić do reklamacji moje 100% satisfaction guarantee nieprzemakalne i bardzo kosztowne wdzianka kolarskie... Ta pełna zaskakujących zwrotów i napięcia akcja ma miejsce w ciągu pierwszych 15 minut jazdy. A miało być tak pięknie!

Pięknie już nie jest, natomiast jest coraz zimniej. I zimniej. I spróbujcie zobaczyć teraz oczami wyobraźni kolarkę jadącą w taką pogodę krajówką bez pobocza, w lekkim odzieniu typu krótkie spodenki! Rękawiczki miałam, ale nie wiedziałam już czy lepiej jechać w mokrych i zimnych czy ziębić sobie ręce na sucho i jechać bez nich... Ach, te kluczowe decyzje życiowe!

Przemoczona jestem doszczętnie. Nie ważne jak szybko pedałuję - nie jestem w stanie się rozgrzać. Po drodze nie ma nawet żadnych kafejek czy jakichkolwiek miejsc, w których można by się ogrzać a te, które są - dziś nieczynne. Mamy przecież 3go maja!

Nie mogę tylko zrozumieć, dlaczego jest mi aż tak strasznie zimno. W deszczu jeździłam już nie raz i zawsze dawałam radę. A teraz? Zostało niecałe 50km a ja zaczynam tęsknie wodzić wzrokiem za każdym mijającym mnie autem. Dochodzę również do wniosku, że samochód to w końcu nie taki zły środek transportu. Errr... jak to możliwe?! Czy ja to naprawdę właśnie pomyślałam? Napisałam? Ale... co się dzieje?!

Zaczynam rozumieć kiedy mym zmarzniętym oczom ukazują się, opadając wdzięcznie na moje nieprzemakalne ciuchy, pierwsze płatki...

*** ŚNIEGU ***

- Nieeee....!!!!?
- Ha ha. TAAAK!!!

Szanowni Czytelnicy, dostałam od Matki Natury bezczelnie śniegiem w twarz w miesiącu maju! Incydent ten wydaje mi się tym bardziej absurdalny, biorąc pod uwagę, że nie wchłonął mi się jeszcze całkowicie mój krem na poparzenia słoneczne, który nałożyłam przed startem!!!

Jadę więc w szaleńczym śmiechu niedowierzania w śniegu, gradzie i zamieci, w bliżej nieokreślonej temperaturze minusowej, w maju, w krótkich gatkach kolarskich i na rowerze na dodatek. Jest mi tak lodowato jak nigdy w życiu. Moje nogi są czerwone z zimna i okaleczone przez walący w nie grad. Z bólem trzymam się kierownicy. Zaczynam zastanawiać się nad sytuacją i analizować alternatywy. Jadę? Nie jadę? Przeczekuję? Przerywam? Szukam pociągu? Zakupuję zimowe ubrania? Testuję nowy mix "krioterapia i kolarstwo"?

I nagle ekstaza: czynna stacja benzynowa! Zajeżdżam na przerwę. W jakim to ja muszę być stanie fizyczno-psychicznym jeśli największą radością mojego życia w tym momencie okazuje się być rożen do hot-dogów, na którym sprzedawca dobrodusznie suszy moje rękawice.

Oględziny sytuacji: ręce mam białe jak kartka papieru, stóp nie czuję w ogóle. Kończyny górne udaje mi się rozgrzać, ale minimalnie i to jedynie po pół godzinie starań. Z moich nieprzemakalnych ubrań udaje mi się zaś wycisnąć szklankę wody (to jest, po ich uprzednim rozmrożeniu)... Chcę do kaloryfera!!!

Zła i rozgoryczona, ale zbyt zmarznięta by protestować, dzwonię do czekających na mnie pod Wrocławiem rowerzystów by poprosić o zmianę planu dnia i zorganizowanie akcji ratowniczej pt "Nie dajmy zamarznąć Karoli!". Ustalamy, że mam dalej więc jechać w stronę Wrocławia a gdzieś po drodze zgarnie mnie pojazd zmotoryzowany. Niechętnie, ale wyczołguję się w końcu z ciepłej i suchej stacji na mokrą, śliską i lodowatą krajówkę prowadzącą do mety. Po raz pierwszy w życiu jednak nie che mi się, nie chcę, nie podoba mi się. Chcę wrócić na stację by poobściskiwać się z kaloryferem, jeść czekoladę i płakać. Jest mi tak zimno, moje ciało ma taki awers do wyjścia na zewnątrz, że naprawdę zmuszam się robiąc sobie krzywdę.

Wsiadam na rower i jadę. W bólu i zaciskając zęby ale jadę. Kręcę głową z niedowierzania, widząc bielejący wokół mnie świat. Niestety, nie mam odwagi zdjąć zesztywniałej w sopel rękawiczki aby zrobić uwieczniające ten moment zdjęcie. Jadę dalej. A auta nie ma i nie ma. Dzwonię, sprawdzam, koordynuję. Mam dalej jechać. W końcu mijam jakieś miasteczko: Prusice. Stop! Z trudem ale znajduję jedyną czynną w okolicy knajpę i wpadam do niej z nadzieją w oczach, że jeszcze nie jest za późno bym odratowała moje zmrożone kończyny.

I kiedy tak staram się intensywnie odtajać, w końcu dojeżdża do mnie ekipa ratunkowa w postaci Janusza i jego super wozu. Zapodaje mi on zimowymi ubraniami, rozgrzewającym masażem kończyn oraz setką wódki, która to mnie ratuje od zejścia z tego padołu i sprawia, że rozumiem już czemu w zimnych krajach takich jak Rosja, ludzie nie zamarzają ale mają problemy alkoholowe...

I tak kończy się ta impreza. Z planowych ostatnich 60km udaje mi się przejechać rowerem 30. Ale za to w zimie w maju i to w krótkich spodenkach! Pakujemy się z Januszem w końcu do wozu i dojeżdżamy w oka mgnienia (dzięki ci panie Cugnot!) do Wrocławia, do czekającej reszty rowerowej.

Rozsądek, troska o własne zdrowie oraz chęć zachowania wszystkich kończyn w stanie używalności na następne wyprawy sprawiły, że postanowiłam zatroszczyć się o własne bezpieczeństwo i dać się odwieźć te kilka brakujących kilometrów do domu samochodem.

Dzięki temu kończę Sru de Pologne z licznikiem pokazującym nieco ponad 600km - dystansem wdzięcznym, radosnym i odkrywczym. A ponadto...

100% MADE in POLAND!

Przebyta dzisiaj trasa:
Rowerem: 30km
Czas jazdy: 1h45
Autem: 30km
Czas jazdy: 20min

Pozostało mi do przejechania:

HA! DOJECHAŁAM!

Zima w maju pod moim oknem.

Wybawca Janusz.

Widok z auta.

Żeby nie było, że kłamałam co do tego maja... O patrz pan! -0,5 stopnia jest!

Ej, dawać te sanki!