niedziela, 14 lutego 2016

Day 1

Chiang Rai – Mae Kon

I believe I’m still jet lagged, so don’t set off before 11am. Filled up with coffee, I ride 10 km to fill up on some breakfast in Chiang Rai. I follow my “Guide du Routard” suggestion and end up in a cheap but first-class dining facility “Oasis Vegetaurant”. Seriously, I think it is the best vegetarian food I have EVER had.

But the clock strikes 1pm, I oughta go. I leave the city for the Thai countryside. Since I do not know what to expect, I guess I’m just partially disappointed with the local views: concrete roads leading through… nowhere…. The only novelty, from my point of view, being the ride fields and hundreds of tiny house-like buildings scattered all across the farmlands.

After a solid hour of cycling, I have my first “wow” moment: Wat Rong Khun, aka the White Temple. In the middle of an empty sizzling land stands this white shining wonder, looking as if it came out of a fairy tale. Is it a palace? An enchanted castle? Turns out it’s a beautifully and masterfully crafted art exhibit in the form of a temple: truly astounding.

My host Tao mentioned it the day before and did not omit recommending visiting something of an opposite sort: the Black House, which is, in turn, a pitch dark museum. It’s getting late in the afternoon, so I hit the road. Thanks to internet maps, a point of interest pops up: Khun Korn Forest Park Waterfall. I’ve never seen a waterfall before, so I decide to go for it.

I finally veer off the main road and get into the tropical forest: with palms, tall trees, lianas and eye popping green. After 2 hour-worth of climb, I get to the park entrance but, to my surprise, I am not allowed to go in, as the park closes its door at 6pm. My attempts at negotiating myself in come to naught. In the last bid to reignite a humane response to my obvious misery and self-pity, I sit down at the gate with my bike and pout. No understanding whatsoever. The guard laughs (?) at me and takes a photo (of me!). A Caucasian girl on a bike in the middle of nowhere must sure be a sight for eyes. I relinquish after what seems to be a whole session and slowly retire to a guest house a downhill-ride away.

Km: 43.65 km
Tm: 2:32 h
Av: 17.1 km/h
TOTAL: 43 km













sobota, 13 lutego 2016

Day 0

Chiang Rai

My kingdom for the ability to leave the nightmare of Bangkok behind!

When I get off in Chiang Rai, the different flow is already tangible in the small homey airport. A group of school children is playing some Thai music to welcome the passengers. A living business card of a local school I assume.

I am staying with a lovely CouchSurfer tonight, Tao. Upon arrival at his, we just lose ourselves in conversation until my jetlag speaks up and demands to be taken into consideration. When I finally wake up, two other CouchSurfers have arrived and we decide to paint the town red!

Hop of a taxi away, the city of Chiang Rai welcomes us with nice food, authentic Thai vibe, not many white faces and some great massage. One of the masseuses has a tiny Thai baby: the CUSTEST THING I HAVE EVER SEEN. For the first time in my life I consider kidnapping and going into human trafficking…








piątek, 12 lutego 2016

Day -2 & -1

Bangkok

Times have changed or so have I... I get to Bangkok and... nothing.

Nothing happens: no magic, no excitement, no feeling. Thai capital is more of a disappointment really: big, dirty, suffocatingly moist, almost damp and without any architectural interest. I am mostly taken by the curious technical solution of keeping all the electrical wires out in the open in the streets. Tons of wires hang between poles and cover everything that lives behind. If your flat happens to have a window giving out onto the street, well, the view might just as well be that of gloomy dirty cords hanging out right in your face.

My many questions do not bring any satisfactory answers. Some of my interlocutors don’t even notice until I ask whilst me, it is the only thing I can see!

I am tired. Upon arrival at the hostel (Bed and Bike! Of course!) I force myself to stay up and beat the jet lat. I go out into the sticky streets to get some food and get into the local beat. I listen to the suggestion and go to Ken Sao Road for a bite. Fatal mistake: a huge tourist-trap, where the only exchange you'll ever get is the commercial one. No interest whatsoever. I wonder how come people actually do go and spend time in places like that. I was just repulsed. Discouraged. All you can do there is just spend your dough.

The only positive outcome of the stroll is the idea that one of the travel agencies prompts: fly up to the north to Chiang Rai.

I return to the hotel and fall into a 22-hour coma. Must be the jet-lag effect.

I force myself out of bed only because of the plane ticket I need to buy for Sunday if I want to get out of Bangkok. And I do. And pronto, please.

I decide to rent a bike to go for a quick tour of the neighbourhood. It's bizarre to be living at night: I haven't seen the Sun in 4 days though (flights took 1 day and a half). The city's pretty lively. Surely some of the party must be taking place once the Sun has set and the temperatures have become more bearable. What I find most appealing is cycling in the warm air of the night. The city of Bangkok being just in the background of me and my pedalling and my music. Cruising being the art in itself, the most pleasurable one I have recently found.








sobota, 3 sierpnia 2013

Dzień 12

Koniec. Nigdzie dalej się nie ruszam

Ostatnie 75km i jestem w domu!

No, przynajmniej w Polsce. Zastanawiam się trochę nad pomysłem kontynuowania aż pod Obwód Kaliningradzki. Albo przynajmniej do Gdyni. No dobra, Międzyzdroje.

Nieee… moje mięśnie stanowczo się nie zgadzają. W momencie przekroczenia granicy Polski, nachodzi mnie nostalgia, serce wypełnia się afektem do kraju… Wróciłam, ojczyzno moja, i nigdzie się nie ruszam.

Niespodzianka! Wszystkie hotele w Świnoujściu są zajęte (a, taka tam ekstrawagancja na zakończenie trasy!), zmuszona jestem kierować się na kemping. Ał, szok kulturowy jest żywy i ma się dobrze! W czasie moich podróży po Europie zachodniej przyzwyczaiłam się, przyznaję, do pewnego standardu. Nic ekstra, naprawdę, tylko trawa, drzewa i namioty. Żadnych aut.

Musicie więc zrozumieć moje zaskoczenie, kiedy moim oczom pojawia się parking samochodów, z kilkoma namiotami upchniętymi tu i tam.

I nazywają to kempingiem!

No ale koniec, nigdzie dalej się nie ruszam. Zrezygnowana, rozstawiam namiot na znalezionych 2 wolnych metrach pomiędzy jakimiś autami. A ponieważ trasę zamknęłam, mogę się rozerwać gdzieś na mieście, daleko od tego koszmaru. Albo walnąć się na plaży i palcem małym nie ruszać.

Postanawiam plan wcielić w życie. Niestety, pomiędzy mną a morzem, strategicznie rozstawione co 10 metrów są lodziarnie. Postanawiam podjąć wyzwanie i spróbować ich wszystkich. Do czasu dotarcia na plażę, jestem już w dziesiątym miesiącu ciąży jedzeniowej, a słońca prawie ani widu ani słychu. Co tam, jutro też jest dzień!
Pora poddać lody próbie porą wieczorową!

Przebyta dzisiaj trasa:
Dystans: 76,29 km
Średnie tempo: 17,9 km
Czas jazdy: 4:15 h

Całkowity dystans: 1077,4 km

 Nie ma to emocji jak przekraczanie granicy...

Plaża o zachodzie.

I to by było na tyle.

piątek, 2 sierpnia 2013

Dzień 11

Zboczenie zawodowe

Kontynuuję szlakiem nadmorskich szklaków rowerowych północnych Niemiec. Ciągłe pedałowanie na mojej bryce zaczyna dać się odczuć: mój stan zmęczenia powoli acz skutecznie się pogłębia. Rowerowanie ustępuje raz po raz przystankom, w czasie których próbuję pozwolić krwiobiegowi dotrzeć do moich zgniecionych pośladków a lodom do brzuszka. Mam wrażenie, że poziom lodów w moim ciele wzrasta wykładniczo do kilometrów w udach.

Oprócz tego, nic do zgłoszenia, no chyba, że fakt, iż plaże zostały szturmem przejęte przez rowerzystów.

Podążam dzisiaj do mojego gospodarza, Marc’a, urzędującego w Greifswald. Droga prowadzi przez Stralsund, co oznacza, że albo będę jechać po drogie szybkiego ruchu nie dla rowerów, albo po starej drodze z kostki brukowej.

Postanawiam, że moje pośladki są za delikatne na kostkę i pędzę szosówką. Do czasu! Drogę zajeżdża mi auto, z którego wybiega z pianą na ustach „zatroskany kierowca”. Przez 5 minut wykrzykuje na mnie wszystkie nieszczęścia, które rzekomo mogły mnie spotkać z powodu jazdy zakazaną drogą. Jest kierowcą karetki i zboczenie zawodowe sprawia, że jest chyba trochę przewrażliwiony. Nie twierdzę, że nie ma racji, oczywiście, ale jestem pewna, że równie głęboko by do mnie przemówił nie wykrzykując na mnie swoich płuc. No dobra, dobra, pojadę brukowcem…

Na 10 kilometrów przed celem wyjeżdża po mnie Marc aby dotrzymać mi towarzystwa na ostatnich kilometrach. Chłopak jest cudownym gospodarzem i zatwardziałym podróżnikiem. Tak się rozentuzjazmował przejezdną cyklistką (czyli, że mną), że opóźnił o dzień własny wyjazd na żaglowce, tylko po to, aby mnie ugościć. No proszę, to się nazywa zapał!

Dojeżdżamy do domu, wskakuję pod prysznic, Marc zasiada za gary (ja mu mentalnie pomaga) i kończymy na pysznej kolacji i opowieściach podróżniczych. Jestem natchnięta! A czy wspominałam już, że chłopak jest niezłym atletą? Chcę być taka sama jak dorosnę!

Przebyta dzisiaj trasa:
Dystans: 121,65 km
Średnie tempo: 18,6 km
Czas jazdy: 6:32 h

Całkowity dystans: 1001,2 km

Nadmorskie marzenia...

Rowerowcy: przybyli, zdobyli.

Chce się walnąć i tyłka już nie ruszać...

Jedzie się okej.

Do czasu zawitania kostki brukowej.

Przez długie i bolesne kilkadziesiąt kilometrów.

I to by było na tyle.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Dzień 10

Dzień po

Chyba nie wspomniałam, ale ja nie gawarju pa niemiecki a Tarik jeszcze uczy się swojego angielskiego. Wspomagamy się więc w dużym stopniu językiem migowym, onomatopejami i rysunkami.

Rano dołączają do nas dwie pozostałe CouchSurferki, które spędzały u Tarika noc na grupowe śniadanie. 5*** gościnność. Kocham podróżowanie.

Wyruszam niedługo potem do radosnego landu nadmorskiej błogości, wakacyjnych przyjemności i szczęśliwych wczasowiczów. Malownicze widoki, słońce otulające moją skórę, ciepły powiew wiatru schładzający mój spocony oddech. Z morzem po jednej a niczym-Amazońskim lasem po drugiej, wydawać by się mogło żem w Niebie. A jam jednak tylko w Niemczech.

Jako iż wszyscy są nastrojach czilałtowo-wypoczynkowych, łatwo się zapałętać w jakąś rozmowę za każdym razem kiedy zatrzymuję się na przerwę. Wykorzystuję przyjazną atmosferę aby poprosić o nasmarowanie pleców za każdym razem kiedy wybija godzina odświeżenia kremu przeciwsłonecznego.  A co tam pokazanie kawałka gołych pleców obcym kiedy wszędzie wokół plaże nudystów. Tak naprawdę tom za grubo ubrana na okolicę.

Przebyta dzisiaj trasa:
Dystans: 75,76 km
Średnie tempo: 17,4 km
Czas jazdy: 4:20 h

Całkowity dystans: 879,5 km

Grupowe śniadanko.

Sea, sex and sun!

Nadmorskie klimaty...

...czy amazoński las równikowy?

Sea, bike and sun!

Pasy szybkiego ruchu dla pojazdów niezmechanizowanych.

I to by było na tyle.

środa, 31 lipca 2013

Dzień 9

Dzień po

Jako iż hotel jest jedną wielką niebudzącą zaufania norą z oknami, z łóżka wyskakuję jak nowo-narodzona żeńska wersja Chrystusa. Dziura w nodze? Jaka dziura?! JAKA NOGA?!!
Chcę się stąd wynosić jak najszybciej. No i muszę naprawić mój rower przed południem, jeśli mam dojechać do dzisiejszego miejsca przeznaczenia.

Szczęśliwie udaje mi się znaleźć w okolicy warsztat rowerowy. Niestety, obsługa nie mówi w żadnym innym języku żywym a ja nie jestem w stanie wytłumaczyć im jak bardzo potrzebuję obsługi w trybie pilnym. Na szczęście żona właściciela jest polką, więc coś mi tam dopinguje: dwie godziny i będzie naprawione. Niestety, pokrewieństwo polskie nie procentuje żadną sąsiedzką zniżką. Zastanawiam się nawet, czy nie zostałam dodatkowo opodatkowana cłem na paszport „Made in Poland”. Pfff…

W końcu udaje mi się zostawić Hamburg dla radośniejszych łąk i wód: morza! Asfaltowe drogi po ciuchu zamieniają się w sielskie ścieżki, zabudowa przemysłowa rozpływa się by ustąpić miejsca żółtemu morzu zboża.

Moja noga trochę boli, opatrunek idzie przez połowę piszczeli i zaczyna się za niego zabierać piasek. Z każdym ruchem mięśni czuję, że mięso wokół rany się rozdziera. Apetyczne... Oczywiście to nic w porównaniu z opalenizną w kratki, którą będę miała po zdjęciu opatrunku... ale skoncentrujmy się na jednej sytuacji awaryjnej na raz.

Moja droga zabiera mnie do nadmorskiej miejscowości Wismar, w której czeka na mnie gospodarz CouchSurfing. Serio, ludzie, jeżeli jeszcze się zastanawiacie, po co podróżować, to Wam powiem: dla ludzi spotykanych na drodze. Uprzejmość, czysta i bezinteresowna, której udzielają mi obcy na każdym kroku jest powodem do życia.

Tarik wyjeżdża po mnie na jedną z pomniejszych dróg – pamiętajmy, że akcja rozgrywa się w epoce gdzie internet na komórkę jest drogi i limitowany – i wspólnie kończymy moją 120-kilometrową dniówkę. W domu jedną z kanap zajmują dwie inne CouchSurferki, ale wybyły gdzieś na wieś, więc chata nasza. W menu na wieczór: wino podawane z konwersacją, zamoczone w tarasie z widokiem, serwowane z muzyką na boku. Komary na życzenie.

Przebyta dzisiaj trasa:
KM: 120,32 km
Czas jazdy: 6h55
Średnia prędkość: 19,3 km/h

Całkowity dystans: 803,42 km

Śniadanie pt. biorę co jest.

Warsztat obsługujący w języku polskim.

Powrót do zieleni.

I do moich ulubionych wiatraków (trauma dalej jest).

Wismar 2013.

Winko wieczorową porą.

I to by było na tyle.