środa, 27 kwietnia 2011

Do startu… gotowi…

Mniej gadania, więcej jeżdżenia

Ruszam w drogę już jutro i się denerwuję (dzięki żołądku, nie musisz mi dodatkowo przypominać).
Dzisiaj staram się więc dograć ostatnie szczegóły, dopracować trasę, adresy noclegów a także odbyć kilka testowych rundek rowerem. Dobrze się składa – mam kilku znajomych w Warszawie i mimo iż wszyscy niby mieszkają na południowym wschodzie miasta, pod wieczór licznik pokazuje mi ponad 50km! A wrażenie takie, jakbym się nigdzie specjalnie nie ruszałam.

Odległości w Warszawie są rzeczywiście innej skali niż te w Paryżu. W stolicy Francji nigdy nie jesteś dalej niż 30 minut rowerem od jakiegokolwiek innego punktu w mieście. W Wawie… idziesz skoczyć po chleb a wracasz po godzinie! Przynajmniej takie mam dzisiaj wrażenie. Ale za to człowiek czuje, że wykręcił kilka kilometrów! Łatwo dać się ponieść szerokim ulicom i ciągnącym się przez falujące kilometry ścieżkom rowerowym.

Odkrywając na bicyklu stolicę, doszłam do innej auto-refleksji: Francja mnie rowerowo rozbestwiła… Światła nauczyłam się już dawno traktować jako sympatyczną sugestię ministra transportu, mam w zwyczaju jeździć środkiem ulicy, a kiedy jakieś auto krzywo na mnie spojrzy, potrafię mu zrobić awanturę.

A w Polsce? Boję się! Ja, która, wjeżdżam pewnym pchnięciem pedałów na środek 8-pasmowego ronda Charles de Gaulle (bez trzymanki i z zamkniętymi oczami – zdjęć nie mam ale mam świadków) w Polsce boję się o życie i zmykam na chodnik (na chodnik!!! Wstyd!!!). I niemal dostaję palpitacji serca, kiedy nagle znika mi ścieżka rowerowa a ja muszę jechać dalej… Wynika to zapewne z innej mentalności i kultury jazdy w obu tych krajach. Czekam z niecierpliwością, kiedy uda się nam, rowerzystom polskim, osiągnąć podobny stan rzeczy jak w krajach bardziej zrowerowanych. W międzyczasie polecam zaś Velorution (robią najlepsze imprezki rowerowe, następna przewidziana jest na noc 30 kwietnia!) a ja idę spać, bo zostały mi 4 godziny do planowanego wyjazdu…

Oto trasa i terminarz:

Dzień Trasa Km
Dzień 1 – 28/04/11 Warszawa – Wyszogród 70
Dzień 2 – 29/04/11 Wyszogród – Włocławek 85
Dzień 3 – 30/04/11 Włocławek – Mogilno 85
Dzień 4 – 01/05/11 Mogilno – Poznań 80
Dzień 5 – 02/05/11 Poznań – Krobia 80
Dzień 6 – 03/05/11 Krobia – Wrocław 84

Gotowa do drogi!

wtorek, 26 kwietnia 2011

Rower mam!

Stan inwentarzu na dzień -2

Po wczorajszych refleksjach z dziedziny "Polak mądry po szkodzie", czas na sprawdzenie inwentarzu.

- rower WKRĘCONYCH: jest! "Bez" mogłoby rzeczywiście być nieco trudne. Dziękuję sponsorowi za przygotowanie maszyny i zachęcam wszystkich do odwiedzenia WKRECONEGO sklepu.
- zajawka w serwisie "Polska na Rowery": zapodana (mamo, tato, a widzicie, że sobie tego nie wymyśliłam?)!
- sprawne mięśnie w nogach: stawią się obecne! Zostały przecież wyćwiczone w czasie 6-miesięcznej zabawy w kuriera rowerowego w Paryżu (pozdrowienia dla teamu Cycl'air)!
- mapa Polski: w końcu zakupiona, lecz z bólem serca,bo najlepsza jaką znalazłam była w skali 1:700000. Trasa pokaże czy uda mi się z niej coś wyczytać!
- noclegi na trasie: obstawione *prawie* wszystkie. I tutaj dozgonne dzięki dla drugiego najlepszego wynalazku ludzkości - po internecie - inicjatywie typu www.hospitalityclub.org i www.couchsurfing.org (potajemni CouchSurferzy z Wyszygrodu: nadszedł dobry moment do wypuszczenia się na głębokie wody i na coming out!)
- Most Siekierkowski: wyryty w moim mózgu już na pamięć - musiałam się nim dzisiaj przejechać chyba z 6 razy!
- sen: hmmm... to ja już gaszę światło.

No to do łóżek wszyscy a potem ganiać po te rowery!

Oto trasa i terminarz:

Dzień Trasa Km
Dzień 1 – 28/04/11 Warszawa – Wyszogród 70
Dzień 2 – 29/04/11 Wyszogród – Włocławek 85
Dzień 3 – 30/04/11 Włocławek – Mogilno 85
Dzień 4 – 01/05/11 Mogilno – Poznań 80
Dzień 5 – 02/05/11 Poznań – Krobia 80
Dzień 6 – 03/05/11 Krobia – Wrocław 84

Bryka WKRĘCONYCH przed odjazdem.

Intensywne ćwiczenie łydek w ciężkim zawodzie kuriera rowerowego.
Photo by Yann.
Ups! Pomyliłam zdjęcia!

Ja naprawdę jeździłam i rozwoziłam profesjonalnie przesyłki.
I wcale nie byłam najwolniejsza ze wszystkich...
Photo by Yann.


Pierwszym co rzucało się zawsze w oczy był mój profesjonalizm i organizacja.
Photo by Yann.

Most Siekierkowski pozostanie w mej pamięci już na zawsze.
Przyjmuję zakłady o to ile razy przejadę się nim jutro.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Dobre przygotowanie to podstawa

Kącik porad

Rozpocznijmy od kilku uwag technicznych. Są to porady do skrupulatnego spisania, zapamiętania i ponownego przeczytania przed następną wyprawą:

- Jeśli zamierzasz bujać się wiele kilometrów używając do przemieszczania czaso-przestrzennego energii przekładanej z ruchu kołowego twoich stóp: nie wychodź dzień wcześniej na balety w nowych mega-wysokich szpilkach a w szczególności nie obieraj sobie za punkt honoru wytańczenia wszystkich utworów puszczanych przez twojego ulubionego DJ’a w ramach dowodu twojej niezgonnej do niego miłości. Odciski bolą jak @?!#!!¿%.

- Pakowanie się w 20 minut o godzinie piątej nad ranem po brawurowo wytańczonej wcześniej nocy jest imprezą ryzykowną. W szczególności jeśli liczysz, że twoje sakwy na pewno u rodziców w domu się znajdą, no bo przecież jak by mogło być inaczej! Może się jednak okazać, że ani sakw, ani twoich map, ani tych narzędzi do roweru nikt nie przechowywał w świątyni wiecznego spokoju i odpoczynku dla bicykli jakim jest piwnica… "Sakwy? Ale jakie sakwy, dziecko???"

- Atmosfera wyrafinowanej muzycznej potańcówki nie pozwoli ci jednak (na szczęście!) przeoczyć kilku innych niezbędników: zestawu do makijażu, tych zabójczych tenisówek z kokardami zakupionych na ostatniej wyprzedaży i twojego ulubionego lakieru do paznokci (to, że się będziesz wozić rowerem nie oznacza, że masz wyglądać jak wyciągnięta z buszu)

- Jeśli na wiosnę możesz pochwalić się już pierwszym poparzeniem słonecznym - bo w domu jest już lato - wiedz, że nie oznacza to wcale, że tam gdzie jedziesz nie ma właśnie tropikalnych ulew. Pamiętaj: ocieplenie klimatyczne nie manifestuje się jednakowo we wszystkich zakątkach globu. Flash news: ostatni największy hit ludzkości czyli internet. Użyj go i sprawdź pogodę. Jeżdżenie z basenem w butach jest doświadczeniem przynajmniej dziwnym…

- Okres poświąteczny na wyprawę rowerową jest do odnotowania jako wyjątkowo wskazany: nikt nie będzie śmiał ci wypominać niespotykanej, nawet jak na święta, konsumpcji czekolady („No przecież pokłady energii gromadzę!”)

Wszystko jasne? No to zawiązujemy buciki, przyczesujemy grzywki, wycieramy resztki czekolady z buzi i wskakujemy na nasze jednoślady ! W drogę!

Oto trasa i terminarz:

Dzień Trasa Km
Dzień 1 – 28/04/11 Warszawa – Wyszogród 70
Dzień 2 – 29/04/11 Wyszogród – Włocławek 85
Dzień 3 – 30/04/11 Włocławek – Mogilno 85
Dzień 4 – 01/05/11 Mogilno – Poznań 80
Dzień 5 – 02/05/11 Poznań – Krobia 80
Dzień 6 – 03/05/11 Krobia – Wrocław 84

Photo by Yann.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Dołączyć może każdy!

Jedź razem ze mną!
English-- ---- Francais

- Nie pamiętasz jak wygląda rower? – nadarza się wspaniała okazja odświeżenia sobie pamięci;
- Boisz się TIR’owców? – w grupie siła! To także dobry moment na przełamanie strachu i oswojenie się z drogą pod okiem doświadczonych rowerzystów;
- Nie jesteś w stanie wjechać na górki i pagórki? – po prostu je przejdź!
- Nie umiesz naprawić przebitej dętki? – zrobię to za Ciebie;
- Boisz się, że będziesz ostatni/a? – niepotrzebnie! Będę trzymać tyły i obiecuję jechać za Tobą;
- Jesteś wypasionym kolarzem i myślisz, że nasz rajd będzie dla Ciebie za łatwy? – dołącz do nas i wesprzyj rowerowo kogoś słabszego aby mu też się udało;
- A w bonusie: wypróbuj rower WKRĘCONYCH!

...Ale... o co chodzi? (Edwardzie Ącki, jedź z nami!)

Ruszam rowerem 28.04.2011, bo mój pomysł jak kontynuować Sru de Pologne przekonał jury akcji Polska na Rowery.

Rower mam w każdej komórce mojego ciała. Mówisz „rower” a mnie ogarnia radość, ekscytacja i zaczyna ślinka cieknąć (odruch psa Pawłowa?). Pewnie dzięki temu wygrałam konkurs "Sru de Pologne". Pomogła również moja deklaracja, że Sru de Pologne kontynuowane będzie w Polsce a nie na obczyźnie. Na koniec solenne zapewnienie, że nie będę chwalić się osiągnięciami typu „robię pięćsetkę w 24-godziny” (ha! bo nie robię!!!). Dzięki temu moje Sru pozostanie dostępne również dla tych mniej zaprawionych w rowerowych bojach.

No dobrze, ale akcja nazywa się „Polska Na Rowery”. Jak więc to, że pobrykam sobie na jednośladzie, porobię foty i uzewnętrznię moje przeżycia na blogu, pomoże w przesadzaniu Polaków na rowery? Moja idea jest taka: niech wszyscy rowerowo-nieśmiali, rowerowo-wahający się i rowerowo-niepewni przyłączą się do mnie na mojej trasie!

Dołączyć może każdy! Czy to tylko na chwil kilka aby przeprowadzić mnie przez centrum (któż zna bowiem lepiej trasy przejazdowe niż mieszkańcy?!), wyjechać ze mną 20km poza tzw. teren zabudowany, przejechać się 50 kilosków czy też odważyć się na „full total pełen wypas” czyli cały dzienny kilometraż!

Niech wyprawa ta będzie interaktywną, inspirującą przygodą, w której każdy może wziąć udział! Trasa, ustalona ogólnie jako "z A do B przez C" codziennie będzie poddawana modyfikacjom i dopracowywana na podstawie zgłoszeń od tych, którzy chcieliby się do mnie dołączyć.
W skrócie: pojadę tam, gdzie będą chętni do utworzenia Peletonu Sru. :-)

Oto trasa i terminarz:

Dzień Trasa Km
Dzień 1 – 28/04/11 Warszawa – Wyszogród 70
Dzień 2 – 29/04/11 Wyszogród – Włocławek 85
Dzień 3 – 30/04/11 Włocławek – Mogilno 85
Dzień 4 – 01/05/11 Mogilno – Poznań 80
Dzień 5 – 02/05/11 Poznań – Krobia 80
Dzień 6 – 03/05/11 Krobia – Wrocław 84

Chcesz ze mną jechać? Czuję, że chcesz! Zrób więc tak:

1. Popatrz na trasę
2. Jeśli mieszkasz na trasie lub +/- 25km od niej - daj znać! To znaczy:
  • zgłoś swoją chęć jazdy z dokładną nazwą Twojej miejscowości w komentarzu;
  • podaj najlepsze miejsce na spotkanie;
3. Śledź komentarze;
4. Damy Ci znać co dalej.

Wszystko jasne? No to wyciągaj ten rower z piwnicy!

piątek, 31 lipca 2009

W przerwie na reklamy...

Same nudy o gotowaniu!

W Londynie jest super!!! Dzisiaj miałam egzamin (na temat roznych teorii politycznych oraz o powiązaniu terroryzmu i polityki realizmu), we wtorek robilam prezentacje o "przyszlosci Marksizmu" a w poniedzialek oddalam recenzje ksiazki o immigracji. Co oznacza, ze ostatnio nie dosypiam! W pierwszym tygodniu pobytu tu JEDYNE co robilam to chodzilam na uniwersytet i odsypialam te 1500km. Bylam padnieta!!! Na zdjęciach ciągle zresztą wychodzę jakby mnie pobili: a ja tylko nieco bardziej oczy podkrążone mam!

Jutro wiec, po 3 intensywnych tygodniach nauki (ja to se wakacje umiem zafundować!!!), mam w planach NIC nie robić tylko spac do soboty rano, a gdybym sie po drodze obudzila, to nigdzie nie wychodze, tylko grzeje sie w ogrodzie i czytam ksiazke o przygodach rowerowych jakiegos Anglika na emeryturze. Znajomi, u ktorych sie zatrzymalam to Pam i ferajna, czyli moi znajomi rowerowi, ktorzy maja odpowiednia literature.

Szybkie wprowadzenie w świat Pam. Pam to ta, która po powrocie z samotnego rowerowania po Europie postanowiła wybrać się na rowerze do Indii. W podróży towarzyszyła jej przyjaciółka Jackie oraz Gary, z którym mieszka i który wcześniej nigdy na rowerze nie jeździł. Postanowił się jednak z Pam kopsnąć, bo tak ją kocha, że wiedział, że nie przeżyje 3-miesięcznej rozłąki. Nota bene, decyzję o wyprawie rowerowej podjął wracając taksówką z pobliskiego pubu, w którym przyjaciele rowerowo witali powracającą z europejskiego tourne Pam. Rower Garego był w tej historycznej chwili razem z nim w taksówce... No ale przecież i tak wszyscy wiedzą, że rower jest najlepszym środkiem transportu na DŁUGICH trasach a nie w mieście!

Ja poznałam Pam w zeszłym roku w pracy w Lądku. Przy obiedzie (firma stawiała!) zaczęłyśmy gadać tak o życiu i śmierci ("a rano zrobłam jajecznicę") i wyszło, że obydwie jeździmy na rowerach. Kiedy powiedziałam, że chciałabym do Brighton pojechać bo po pierwsze mam ochotę się karnąć a po drugie Brighton znam na pamięć z jednego z moich ulubionych seriali (brytyjskiego "Sugar Rush") i teraz chciałabym go zobaczyć "na żywo" (hej! zupełnie jak ze Stanami!), to okazało się, że następnej soboty Pam organizowała z przyjaciółmi właśnie takie "karnięcie się" na południe. Zaprosiła mnie a kiedy zrozpaczona ogłosiłam, że na razie nie mam roweru, zapronowała mi jeden ze swoich. Pozwoliła mi go później zatrzymać przez 2,5 miesiące moich wakacji w Lądku. To również ona przyjechała po mnie do szpitala drugiego dnia mojego londyńskiego rowerowania, kiedy rozwaliłam sobie twarz.
No i Pam to w końcu ta, której nie podoba się, że jakieś głąby w Afganistanie zabijąją cywilów. Postanowiła jednak nie marudzić tylko coś z tym zrobić. Zakasała laska rękawy i zaciągnęła się do ochotniczej armii lądowej! Od dwóch lat co weekend ćwiczy pod okiem wojskowych, co jakiś czas wyjeżdża na tygodniowe szkolenia, no a teraz jest na 2-miesięcznym treningu poprzedzającym jej 7-miesięczną misję w Afganistanie.

Chcę być taka jak Pam gdy dorosnę!!!

Do jej domu przyjechałam około 17tej dwa tygodnie temu. Przywitał mnie Barry, nowy współlokator Pam i Garrego. Barry mieszka tu dopiero od miesiąca. Dwa miesiące temu rozstał się z chłopakiem no i Pam i Garry kazali mu do siebie się wprowadzić. Mają 3-pokojowe 2-piętrowe mieszkanie/dom szeregowy: NIZIEMSKO PIĘKNY. Chcę mieć taki sam!
Mieszkanie dobrze znam, gdyż wpadłam tu w zeszłym roku na parapetówę. Jest świetnie zrobione, w stylu lat 60. Pam i Gary urządzili je za grosze, kupując stare meble na eBay'u (strona aukcji internetowych). Pam i Gary nie są parą, tylko bliskimi przyjaciółmi. Gary ma swojego chłopaka, a Pam swojego.

To teraz te nudy o gotowaniu. Ostrzegam: tylko dla wytrwałych!

To co już przy pierwszej wizycie rzuciło mi się w oczy, poza genialnym wystrojem, to wspaniała kuchnia. Nieco mniejsza niż moja w Paryżewie ale ponieważ nowocześnie i przemyślanie urządzona (bez szafek wypchanych zbierającymi kurz bibelotami) to o wiele bardziej funkcjonalna a przez to większa (tak, wielkość może nie miec nic do rzeczy z wymiarami rzeczywistymi!). No i miałam już możliwość przetestowania jej w praktyce. Genialna! Garry i Pam uwielbiają gotować, więc mają WSZYSTKO. Od zaawansowanego robota kuchennego po najnowszy gadżet taki jak ergonomiczny ubijak do ziemniaków! Mają również 2-metrową półkę pełną książek do gotowania. Wzięłam pierwszą lepszą w poszukiwaniu inspiracji i podziwiając zdjęcia wpadłam na "groszek z wędzoną szynką". Groszek konserwowy mam, szynki nie ale za to z plastiku wyje do mnie zakupiony kilka dni temu indyk, przypominając, że jego termin przydatności mija właśnie dzisiaj. Świetnie! Posłużę się przepisem i zrobię indyczą wariację na temat groszku! Wyszło bez achów i ochów, ale na pewno taki groszek był nieco bardziej fantazyjny niż puszka konserowego smutno-nudnie podgrzana w garnku.

Jedząc zaczęłam wertować kolejne książki w poszukiwaniu przepisów, które mogłyby wprowadzić trochę nowego do mojej kuchni i nauczyć mnie kolejnych trików. Znalazłam maaaaasę wspaniałych przepisów. Idealnych na lato. W jednej trafiłam na genialną zupę kurżetkową i makrelę w cebuli i oliwkach! Mniam! Z innej zaś zaczął do mnie wołać omlet z rukolą i kozim serem, którego wariację jadłam z rok temu i moje kupki smakowe ciągle pamiętają jaki był dobry. Co ciekawe jadłam coś w ten deseń już nawet kilka razy w Londynie, w Paryżu zaś nigdy. Nie ma co: inne miejsce pociąga za sobą inny sposób życia, który odzwierciela się równiez w innym sposobie jedzenia. W Londynie o wiele mniej gotuję. Tylko pracuję, pracuję a w pośpiechu chwytam kanapki czy inne nudne rzeczy ze sklepowej półki. Albo się szlajam po barach czy restauracjach. Czasami można coś fajnego w nich jednak odkryć. Polecam LEON'a i Ping Pong. Kupki smakowe rozpuszczą Wam się z zachwytu!!!

Gotować tak naprawdę zaczęłam dopiero w tym roku w Paryżu. Po przeczytaniu (w końcu do końca) książek o tradycji pięciu przemian i dokonaniu historycznego odkrycia dotyczącego kuchni: "jakie to proste!". Dziś już wiem jak szybko i smacznie mogę coś przygotować i kuchnia mnie nie przeraża, więc gotuję kiedy tylko mogę. Zwłaszcza, że mam czas a kasy na kupowanie gotowych posiłków bądź na włóczenie się po restauracjach nie.

To wszystko po to aby powiedzieć co sobie uświadomiłam: funkcjonalna, dobrze wyposażona kuchnia to dla mnie ważne. Podejrzewałam to już wcześniej, jednak dopiero po tym pełnym kuchennych uniesień dniu dzisiejszym poczułam, że umrę jeśli takiej nie będę miała w moim nowym domu. Kuchnia Garry'ego i Pam sprawiła, że poczułam się BOSKO. Niczym superwoman, która ze świetną kuchnią u boku jest w stanie dokonać wszystkiego. Niemożliwego także! Aaaach...

Okej, tylko żeby nie było, że mi się w głowie poprzewracało. Na rowerze z jedną zapalniczką i jendym rondlem gotowałam i było git! Podrasowywałam moje puszki pięcioma smakami i wychodziły super. Ale dobra kuchnia do jak muzyka dla uszu: inspiruje do smakowych wypraw!

W domu Pam jest serdecznie, ciepło i przyjemnie, tak, że chcę tu zostac. Swing gra i jest mi po prostu dobrze.

piątek, 17 lipca 2009

Epilog

Jedź razem ze mną!

Na samolot zdążyłam (na lotnisku byłam już z dwudniowym wyprzedzeniem), do Londynu szczęśliwie dotarłam (pozdrowienia dla wszystkich) i jedyne co mi się teraz marzy, to kolejna wyprawa!!!

Po zalaniu Was pięciokilometrowymi wypocinami pseudo-literackimi, obiecuję, że do nikogo już nic nie będę wysyłać przez następne 2 miesiące. No bo ile można, nie?!

Dzięki za czytanie!

Karola (która kocha swój rower i swoje łydki!!!)

Bo jestem po prostu ...xxx... (sory, cenzura)! Dla wszystkich, którzy jeszcze nie mieli okazji popodziwiać mojego fryza: tak, ścięłam się na totalną chłopczycę i jest mi z tym dobrze!
I niech nie zmylą Was pozory. To nie okulary na moim nosie acz technologicznie wyrafinowana broń na muchy i inne bliżej niezidentyfikowane obiekty latające.

sobota, 11 lipca 2009

Dzień 14 (pt 10/07/09)

Ostatnia prosta

Budzę się z (fałszywymi) M&Ms ciągle żywymi w żołądku. Nie powinnam była ich wszystkich zjadać, bo to że je kupiłam i że dzieci w Afryce głodują nie oznacza, że po prostu trzeba wszystko zjeść i, że wyrzucanie jest zabronione. Okej, mea culpa, lekcja nauczona! Pomimo iż śniadania nie chce mi się jeść, wiem, że byłoby po prostu nierozsądnym wyjechać na resztkach cukierków, więc coś tam w siebie wrzucam. Jako iż w domu mam nie pokazywać się wcześniej niż około 18tej, planuję sobie późniejszy wyjazd spisując kilka słów na kompie.

O 10 jestem na rowerze. Ostatnia prosta! Nie mogę uwierzyć! To pewnie dlatego jedzie mi się tak dobrze.

Rozmyślam o moich dwóch tygodniach jazdy i zabawy i uzmysławiam sobie, że dopiero teraz, kiedy dobiega ona końca i kiedy znów zbliżam się do prawdziwego świata, zaczyna przebijać się na nowo „normalne” myślenie. Myślenie o tym co dalej, co trzeba zrobić, czego robić nie trzeba itp. I taki niepokój w żołądku. Wakacje się skończą i „co dalej”? (nie Wojtek i Peter, nie mówcie mi „that’s it”!).

W poprzednie dni w ogóle o tym „co dalej” nie myślałam. Tak naprawdę, to o mało czym myślałam. Kiedy ludzie słyszą, że siedzisz przez 10 godzin na rowerze, zachwycają się: oh! Masz tyle czasu na przemyślenia! Zapewniam, że nie. Też myślałam, że będę mogła niektóre rzeczy sobie poukładać, nad innymi się zastanowić, przemyśleć jakieś problemy i wahania. Nic z tego! Kiedy jest się na rowerze, nie to żeby nie było czasu, ale mózg się po prostu wyłącza. Jest się całkowicie skupionym na „tu i teraz”. Na drodze, na pedałowaniu, na tym co na wprost i obok, na dźwiękach (wysłuchuje się nadjeżdżających ciężarówek, żeby wiadomo było kiedy mocniej kierownicy należy się chwycić i modlić o przeżycie), na trasie oraz na różnych innych sprawach istotnych w danym momencie. Na przemyśliwanie problemów „prawdziwego życia” miejsca już nie ma. Nawet kiedy próbowałam świadomie czymś się w głowie zająć, moje pedałujące nogi zawsze przywoływały mózg do porządku i kazały zająć się drogą. Ale sobie dzięki temu odpoczęłam! Polecam wszystkim!

Zbliżam się więc do Wrocławia. Do zrobienia mam dzisiaj 150km. I mapę dla samochodów w nie za dużej skali… Jednak się nie lękam. Wiecie jak mówią: Bóg cię poprowadzi! W moim przypadku zdanie to nabiera dosłownego znaczenia. Szefu ma placówki w każdej mieścinie i nieważne w jak małej skali zrobiona jest mapa, kościół odfajkowany jest zawsze. A że większość tras zakręca właśnie przy tychże placówkach, wystarczy się na kościół kierować i dać się w ten sposób prowadzić! Ta technika nawigacyjna była również baaardzo przydatna w Niemczech, gdyż nie musiałam wtedy o skomplikowane rzeczy się wypytywać tylko o „Wo ist die Kirche?” (=Gdzie jest kościół?). Uwielbiam!

Trasa do Wrocławia jest lekka i przyjemna, co nie oznacza, że jest mi łatwo! Po stu kilometrach roweru trzymam się już tylko zębami! Jestem tak zmęczona, że oczy mam całe czerwone i momentami na płaskim to prawie zasypiam (w żaden rów na szczęście nie wjechałam!). Może dobrze więc, że tych autostrad jak nie było tak nie ma i że stan polskich dróg, odkąd ojczyznę opuściłam, się nie poprawił: kiedy jadę po dzikich wertepach w kolejnej wsi, tak mną trzęsie, że przynajmniej budzę się do życia!

Po jakichś 145km przekraczam granicę Wrocławia. Po kolejnych 2 zaczynam rozpoznawać okolicę! Woohoo! Jestem w domu! Pedałuję z całych sił. Tylko raz na początku muszę zapytać się o drogę, ale jakie to słodkie zapytanie „przepraszam, którędy na Hallera?”! Jestem tak podekscytowana, że – jak okazuje się dnia następnego – nie zauważam nowo wybudowanych budynków i zmian w mieście. Liczy się tylko dotarcie do mety!!!

Wjeżdżam w końcu w znajomą mi Hallera, przejeżdżam kolo Carrefoura, jeszcze tylko Mielecka (hej, coś dziwnie wygląda! Jakieś drzewa tu ścieli czy zasadzili i dlatego jest tak szaro-buro czy już na oczy nie widzę?) i jestem na mojej kochanej Kruczej.

Otwierają mi bramę, ale zamiast zwycięskiego szampana, nawet pies coś się średnio cieszy z mojego przyjazdu (nie poznaje mnie czy co?!). No dobra, mama się cieszy ale siostra to poczekać już na moje dobicie do mety (jest dopiero 19ta) nie mogła, bo ”ważniejsze sprawy na Rynku” ją wzywały…

Brudna, zmęczona, krzywo opalona, z czerwonymi oczami i siniakami we wszystkich możliwych miejscach ale zadowolona, radosna i spełniona przekraczam próg domu. Tysiąc czterysta pięćdziesiąt sześć kilometrów i sześć metrów i jestem w domu!

Uff. Zmachałam się.

Km: 152.69km

Max: 58.5km/h

Czas: 7:02.47

Średnia prędkość: 21.7km/h

Całkowity dystans: 1456.06

Jejciu! Ale polska wieś potrafi być urocza!

Tutaj to można by urządzić pierwszej klasy imprezkę.

Ścieżka przez las. Skrót. Oczywiście.

I my też mamy twierdze warowne!

Ostatnie zawinięcie mapy - widać już Wrocław!!!

Jeśli na powyższym zdjęciu widzicie napis "Urząd Główny", to znaczy, że już się na zapas naczytaliście moich głupot i powinniście iść odpocząć. Taki właśnie napis widziłam na tym znaku przez 10 sekund. Aż musiałam zrobić zdjęcie by zobaczyć co na nim wyjdzie kiedy nie będę padać na twarz!

Na twarz na szczęście nie padłam, głównie dzięki zaawansowanej technologii chroniącej kierowców przed zaśnięciem za kierownicą.

THE END