wtorek, 26 kwietnia 2011

Rower mam!

Stan inwentarzu na dzień -2

Po wczorajszych refleksjach z dziedziny "Polak mądry po szkodzie", czas na sprawdzenie inwentarzu.

- rower WKRĘCONYCH: jest! "Bez" mogłoby rzeczywiście być nieco trudne. Dziękuję sponsorowi za przygotowanie maszyny i zachęcam wszystkich do odwiedzenia WKRECONEGO sklepu.
- zajawka w serwisie "Polska na Rowery": zapodana (mamo, tato, a widzicie, że sobie tego nie wymyśliłam?)!
- sprawne mięśnie w nogach: stawią się obecne! Zostały przecież wyćwiczone w czasie 6-miesięcznej zabawy w kuriera rowerowego w Paryżu (pozdrowienia dla teamu Cycl'air)!
- mapa Polski: w końcu zakupiona, lecz z bólem serca,bo najlepsza jaką znalazłam była w skali 1:700000. Trasa pokaże czy uda mi się z niej coś wyczytać!
- noclegi na trasie: obstawione *prawie* wszystkie. I tutaj dozgonne dzięki dla drugiego najlepszego wynalazku ludzkości - po internecie - inicjatywie typu www.hospitalityclub.org i www.couchsurfing.org (potajemni CouchSurferzy z Wyszygrodu: nadszedł dobry moment do wypuszczenia się na głębokie wody i na coming out!)
- Most Siekierkowski: wyryty w moim mózgu już na pamięć - musiałam się nim dzisiaj przejechać chyba z 6 razy!
- sen: hmmm... to ja już gaszę światło.

No to do łóżek wszyscy a potem ganiać po te rowery!

Oto trasa i terminarz:

Dzień Trasa Km
Dzień 1 – 28/04/11 Warszawa – Wyszogród 70
Dzień 2 – 29/04/11 Wyszogród – Włocławek 85
Dzień 3 – 30/04/11 Włocławek – Mogilno 85
Dzień 4 – 01/05/11 Mogilno – Poznań 80
Dzień 5 – 02/05/11 Poznań – Krobia 80
Dzień 6 – 03/05/11 Krobia – Wrocław 84

Bryka WKRĘCONYCH przed odjazdem.

Intensywne ćwiczenie łydek w ciężkim zawodzie kuriera rowerowego.
Photo by Yann.
Ups! Pomyliłam zdjęcia!

Ja naprawdę jeździłam i rozwoziłam profesjonalnie przesyłki.
I wcale nie byłam najwolniejsza ze wszystkich...
Photo by Yann.


Pierwszym co rzucało się zawsze w oczy był mój profesjonalizm i organizacja.
Photo by Yann.

Most Siekierkowski pozostanie w mej pamięci już na zawsze.
Przyjmuję zakłady o to ile razy przejadę się nim jutro.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Dobre przygotowanie to podstawa

Kącik porad

Rozpocznijmy od kilku uwag technicznych. Są to porady do skrupulatnego spisania, zapamiętania i ponownego przeczytania przed następną wyprawą:

- Jeśli zamierzasz bujać się wiele kilometrów używając do przemieszczania czaso-przestrzennego energii przekładanej z ruchu kołowego twoich stóp: nie wychodź dzień wcześniej na balety w nowych mega-wysokich szpilkach a w szczególności nie obieraj sobie za punkt honoru wytańczenia wszystkich utworów puszczanych przez twojego ulubionego DJ’a w ramach dowodu twojej niezgonnej do niego miłości. Odciski bolą jak @?!#!!¿%.

- Pakowanie się w 20 minut o godzinie piątej nad ranem po brawurowo wytańczonej wcześniej nocy jest imprezą ryzykowną. W szczególności jeśli liczysz, że twoje sakwy na pewno u rodziców w domu się znajdą, no bo przecież jak by mogło być inaczej! Może się jednak okazać, że ani sakw, ani twoich map, ani tych narzędzi do roweru nikt nie przechowywał w świątyni wiecznego spokoju i odpoczynku dla bicykli jakim jest piwnica… "Sakwy? Ale jakie sakwy, dziecko???"

- Atmosfera wyrafinowanej muzycznej potańcówki nie pozwoli ci jednak (na szczęście!) przeoczyć kilku innych niezbędników: zestawu do makijażu, tych zabójczych tenisówek z kokardami zakupionych na ostatniej wyprzedaży i twojego ulubionego lakieru do paznokci (to, że się będziesz wozić rowerem nie oznacza, że masz wyglądać jak wyciągnięta z buszu)

- Jeśli na wiosnę możesz pochwalić się już pierwszym poparzeniem słonecznym - bo w domu jest już lato - wiedz, że nie oznacza to wcale, że tam gdzie jedziesz nie ma właśnie tropikalnych ulew. Pamiętaj: ocieplenie klimatyczne nie manifestuje się jednakowo we wszystkich zakątkach globu. Flash news: ostatni największy hit ludzkości czyli internet. Użyj go i sprawdź pogodę. Jeżdżenie z basenem w butach jest doświadczeniem przynajmniej dziwnym…

- Okres poświąteczny na wyprawę rowerową jest do odnotowania jako wyjątkowo wskazany: nikt nie będzie śmiał ci wypominać niespotykanej, nawet jak na święta, konsumpcji czekolady („No przecież pokłady energii gromadzę!”)

Wszystko jasne? No to zawiązujemy buciki, przyczesujemy grzywki, wycieramy resztki czekolady z buzi i wskakujemy na nasze jednoślady ! W drogę!

Oto trasa i terminarz:

Dzień Trasa Km
Dzień 1 – 28/04/11 Warszawa – Wyszogród 70
Dzień 2 – 29/04/11 Wyszogród – Włocławek 85
Dzień 3 – 30/04/11 Włocławek – Mogilno 85
Dzień 4 – 01/05/11 Mogilno – Poznań 80
Dzień 5 – 02/05/11 Poznań – Krobia 80
Dzień 6 – 03/05/11 Krobia – Wrocław 84

Photo by Yann.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Dołączyć może każdy!

Jedź razem ze mną!
English-- ---- Francais

- Nie pamiętasz jak wygląda rower? – nadarza się wspaniała okazja odświeżenia sobie pamięci;
- Boisz się TIR’owców? – w grupie siła! To także dobry moment na przełamanie strachu i oswojenie się z drogą pod okiem doświadczonych rowerzystów;
- Nie jesteś w stanie wjechać na górki i pagórki? – po prostu je przejdź!
- Nie umiesz naprawić przebitej dętki? – zrobię to za Ciebie;
- Boisz się, że będziesz ostatni/a? – niepotrzebnie! Będę trzymać tyły i obiecuję jechać za Tobą;
- Jesteś wypasionym kolarzem i myślisz, że nasz rajd będzie dla Ciebie za łatwy? – dołącz do nas i wesprzyj rowerowo kogoś słabszego aby mu też się udało;
- A w bonusie: wypróbuj rower WKRĘCONYCH!

...Ale... o co chodzi? (Edwardzie Ącki, jedź z nami!)

Ruszam rowerem 28.04.2011, bo mój pomysł jak kontynuować Sru de Pologne przekonał jury akcji Polska na Rowery.

Rower mam w każdej komórce mojego ciała. Mówisz „rower” a mnie ogarnia radość, ekscytacja i zaczyna ślinka cieknąć (odruch psa Pawłowa?). Pewnie dzięki temu wygrałam konkurs "Sru de Pologne". Pomogła również moja deklaracja, że Sru de Pologne kontynuowane będzie w Polsce a nie na obczyźnie. Na koniec solenne zapewnienie, że nie będę chwalić się osiągnięciami typu „robię pięćsetkę w 24-godziny” (ha! bo nie robię!!!). Dzięki temu moje Sru pozostanie dostępne również dla tych mniej zaprawionych w rowerowych bojach.

No dobrze, ale akcja nazywa się „Polska Na Rowery”. Jak więc to, że pobrykam sobie na jednośladzie, porobię foty i uzewnętrznię moje przeżycia na blogu, pomoże w przesadzaniu Polaków na rowery? Moja idea jest taka: niech wszyscy rowerowo-nieśmiali, rowerowo-wahający się i rowerowo-niepewni przyłączą się do mnie na mojej trasie!

Dołączyć może każdy! Czy to tylko na chwil kilka aby przeprowadzić mnie przez centrum (któż zna bowiem lepiej trasy przejazdowe niż mieszkańcy?!), wyjechać ze mną 20km poza tzw. teren zabudowany, przejechać się 50 kilosków czy też odważyć się na „full total pełen wypas” czyli cały dzienny kilometraż!

Niech wyprawa ta będzie interaktywną, inspirującą przygodą, w której każdy może wziąć udział! Trasa, ustalona ogólnie jako "z A do B przez C" codziennie będzie poddawana modyfikacjom i dopracowywana na podstawie zgłoszeń od tych, którzy chcieliby się do mnie dołączyć.
W skrócie: pojadę tam, gdzie będą chętni do utworzenia Peletonu Sru. :-)

Oto trasa i terminarz:

Dzień Trasa Km
Dzień 1 – 28/04/11 Warszawa – Wyszogród 70
Dzień 2 – 29/04/11 Wyszogród – Włocławek 85
Dzień 3 – 30/04/11 Włocławek – Mogilno 85
Dzień 4 – 01/05/11 Mogilno – Poznań 80
Dzień 5 – 02/05/11 Poznań – Krobia 80
Dzień 6 – 03/05/11 Krobia – Wrocław 84

Chcesz ze mną jechać? Czuję, że chcesz! Zrób więc tak:

1. Popatrz na trasę
2. Jeśli mieszkasz na trasie lub +/- 25km od niej - daj znać! To znaczy:
  • zgłoś swoją chęć jazdy z dokładną nazwą Twojej miejscowości w komentarzu;
  • podaj najlepsze miejsce na spotkanie;
3. Śledź komentarze;
4. Damy Ci znać co dalej.

Wszystko jasne? No to wyciągaj ten rower z piwnicy!

piątek, 31 lipca 2009

W przerwie na reklamy...

Same nudy o gotowaniu!

W Londynie jest super!!! Dzisiaj miałam egzamin (na temat roznych teorii politycznych oraz o powiązaniu terroryzmu i polityki realizmu), we wtorek robilam prezentacje o "przyszlosci Marksizmu" a w poniedzialek oddalam recenzje ksiazki o immigracji. Co oznacza, ze ostatnio nie dosypiam! W pierwszym tygodniu pobytu tu JEDYNE co robilam to chodzilam na uniwersytet i odsypialam te 1500km. Bylam padnieta!!! Na zdjęciach ciągle zresztą wychodzę jakby mnie pobili: a ja tylko nieco bardziej oczy podkrążone mam!

Jutro wiec, po 3 intensywnych tygodniach nauki (ja to se wakacje umiem zafundować!!!), mam w planach NIC nie robić tylko spac do soboty rano, a gdybym sie po drodze obudzila, to nigdzie nie wychodze, tylko grzeje sie w ogrodzie i czytam ksiazke o przygodach rowerowych jakiegos Anglika na emeryturze. Znajomi, u ktorych sie zatrzymalam to Pam i ferajna, czyli moi znajomi rowerowi, ktorzy maja odpowiednia literature.

Szybkie wprowadzenie w świat Pam. Pam to ta, która po powrocie z samotnego rowerowania po Europie postanowiła wybrać się na rowerze do Indii. W podróży towarzyszyła jej przyjaciółka Jackie oraz Gary, z którym mieszka i który wcześniej nigdy na rowerze nie jeździł. Postanowił się jednak z Pam kopsnąć, bo tak ją kocha, że wiedział, że nie przeżyje 3-miesięcznej rozłąki. Nota bene, decyzję o wyprawie rowerowej podjął wracając taksówką z pobliskiego pubu, w którym przyjaciele rowerowo witali powracającą z europejskiego tourne Pam. Rower Garego był w tej historycznej chwili razem z nim w taksówce... No ale przecież i tak wszyscy wiedzą, że rower jest najlepszym środkiem transportu na DŁUGICH trasach a nie w mieście!

Ja poznałam Pam w zeszłym roku w pracy w Lądku. Przy obiedzie (firma stawiała!) zaczęłyśmy gadać tak o życiu i śmierci ("a rano zrobłam jajecznicę") i wyszło, że obydwie jeździmy na rowerach. Kiedy powiedziałam, że chciałabym do Brighton pojechać bo po pierwsze mam ochotę się karnąć a po drugie Brighton znam na pamięć z jednego z moich ulubionych seriali (brytyjskiego "Sugar Rush") i teraz chciałabym go zobaczyć "na żywo" (hej! zupełnie jak ze Stanami!), to okazało się, że następnej soboty Pam organizowała z przyjaciółmi właśnie takie "karnięcie się" na południe. Zaprosiła mnie a kiedy zrozpaczona ogłosiłam, że na razie nie mam roweru, zapronowała mi jeden ze swoich. Pozwoliła mi go później zatrzymać przez 2,5 miesiące moich wakacji w Lądku. To również ona przyjechała po mnie do szpitala drugiego dnia mojego londyńskiego rowerowania, kiedy rozwaliłam sobie twarz.
No i Pam to w końcu ta, której nie podoba się, że jakieś głąby w Afganistanie zabijąją cywilów. Postanowiła jednak nie marudzić tylko coś z tym zrobić. Zakasała laska rękawy i zaciągnęła się do ochotniczej armii lądowej! Od dwóch lat co weekend ćwiczy pod okiem wojskowych, co jakiś czas wyjeżdża na tygodniowe szkolenia, no a teraz jest na 2-miesięcznym treningu poprzedzającym jej 7-miesięczną misję w Afganistanie.

Chcę być taka jak Pam gdy dorosnę!!!

Do jej domu przyjechałam około 17tej dwa tygodnie temu. Przywitał mnie Barry, nowy współlokator Pam i Garrego. Barry mieszka tu dopiero od miesiąca. Dwa miesiące temu rozstał się z chłopakiem no i Pam i Garry kazali mu do siebie się wprowadzić. Mają 3-pokojowe 2-piętrowe mieszkanie/dom szeregowy: NIZIEMSKO PIĘKNY. Chcę mieć taki sam!
Mieszkanie dobrze znam, gdyż wpadłam tu w zeszłym roku na parapetówę. Jest świetnie zrobione, w stylu lat 60. Pam i Gary urządzili je za grosze, kupując stare meble na eBay'u (strona aukcji internetowych). Pam i Gary nie są parą, tylko bliskimi przyjaciółmi. Gary ma swojego chłopaka, a Pam swojego.

To teraz te nudy o gotowaniu. Ostrzegam: tylko dla wytrwałych!

To co już przy pierwszej wizycie rzuciło mi się w oczy, poza genialnym wystrojem, to wspaniała kuchnia. Nieco mniejsza niż moja w Paryżewie ale ponieważ nowocześnie i przemyślanie urządzona (bez szafek wypchanych zbierającymi kurz bibelotami) to o wiele bardziej funkcjonalna a przez to większa (tak, wielkość może nie miec nic do rzeczy z wymiarami rzeczywistymi!). No i miałam już możliwość przetestowania jej w praktyce. Genialna! Garry i Pam uwielbiają gotować, więc mają WSZYSTKO. Od zaawansowanego robota kuchennego po najnowszy gadżet taki jak ergonomiczny ubijak do ziemniaków! Mają również 2-metrową półkę pełną książek do gotowania. Wzięłam pierwszą lepszą w poszukiwaniu inspiracji i podziwiając zdjęcia wpadłam na "groszek z wędzoną szynką". Groszek konserwowy mam, szynki nie ale za to z plastiku wyje do mnie zakupiony kilka dni temu indyk, przypominając, że jego termin przydatności mija właśnie dzisiaj. Świetnie! Posłużę się przepisem i zrobię indyczą wariację na temat groszku! Wyszło bez achów i ochów, ale na pewno taki groszek był nieco bardziej fantazyjny niż puszka konserowego smutno-nudnie podgrzana w garnku.

Jedząc zaczęłam wertować kolejne książki w poszukiwaniu przepisów, które mogłyby wprowadzić trochę nowego do mojej kuchni i nauczyć mnie kolejnych trików. Znalazłam maaaaasę wspaniałych przepisów. Idealnych na lato. W jednej trafiłam na genialną zupę kurżetkową i makrelę w cebuli i oliwkach! Mniam! Z innej zaś zaczął do mnie wołać omlet z rukolą i kozim serem, którego wariację jadłam z rok temu i moje kupki smakowe ciągle pamiętają jaki był dobry. Co ciekawe jadłam coś w ten deseń już nawet kilka razy w Londynie, w Paryżu zaś nigdy. Nie ma co: inne miejsce pociąga za sobą inny sposób życia, który odzwierciela się równiez w innym sposobie jedzenia. W Londynie o wiele mniej gotuję. Tylko pracuję, pracuję a w pośpiechu chwytam kanapki czy inne nudne rzeczy ze sklepowej półki. Albo się szlajam po barach czy restauracjach. Czasami można coś fajnego w nich jednak odkryć. Polecam LEON'a i Ping Pong. Kupki smakowe rozpuszczą Wam się z zachwytu!!!

Gotować tak naprawdę zaczęłam dopiero w tym roku w Paryżu. Po przeczytaniu (w końcu do końca) książek o tradycji pięciu przemian i dokonaniu historycznego odkrycia dotyczącego kuchni: "jakie to proste!". Dziś już wiem jak szybko i smacznie mogę coś przygotować i kuchnia mnie nie przeraża, więc gotuję kiedy tylko mogę. Zwłaszcza, że mam czas a kasy na kupowanie gotowych posiłków bądź na włóczenie się po restauracjach nie.

To wszystko po to aby powiedzieć co sobie uświadomiłam: funkcjonalna, dobrze wyposażona kuchnia to dla mnie ważne. Podejrzewałam to już wcześniej, jednak dopiero po tym pełnym kuchennych uniesień dniu dzisiejszym poczułam, że umrę jeśli takiej nie będę miała w moim nowym domu. Kuchnia Garry'ego i Pam sprawiła, że poczułam się BOSKO. Niczym superwoman, która ze świetną kuchnią u boku jest w stanie dokonać wszystkiego. Niemożliwego także! Aaaach...

Okej, tylko żeby nie było, że mi się w głowie poprzewracało. Na rowerze z jedną zapalniczką i jendym rondlem gotowałam i było git! Podrasowywałam moje puszki pięcioma smakami i wychodziły super. Ale dobra kuchnia do jak muzyka dla uszu: inspiruje do smakowych wypraw!

W domu Pam jest serdecznie, ciepło i przyjemnie, tak, że chcę tu zostac. Swing gra i jest mi po prostu dobrze.

piątek, 17 lipca 2009

Epilog

Jedź razem ze mną!

Na samolot zdążyłam (na lotnisku byłam już z dwudniowym wyprzedzeniem), do Londynu szczęśliwie dotarłam (pozdrowienia dla wszystkich) i jedyne co mi się teraz marzy, to kolejna wyprawa!!!

Po zalaniu Was pięciokilometrowymi wypocinami pseudo-literackimi, obiecuję, że do nikogo już nic nie będę wysyłać przez następne 2 miesiące. No bo ile można, nie?!

Dzięki za czytanie!

Karola (która kocha swój rower i swoje łydki!!!)

Bo jestem po prostu ...xxx... (sory, cenzura)! Dla wszystkich, którzy jeszcze nie mieli okazji popodziwiać mojego fryza: tak, ścięłam się na totalną chłopczycę i jest mi z tym dobrze!
I niech nie zmylą Was pozory. To nie okulary na moim nosie acz technologicznie wyrafinowana broń na muchy i inne bliżej niezidentyfikowane obiekty latające.

sobota, 11 lipca 2009

Dzień 14 (pt 10/07/09)

Ostatnia prosta

Budzę się z (fałszywymi) M&Ms ciągle żywymi w żołądku. Nie powinnam była ich wszystkich zjadać, bo to że je kupiłam i że dzieci w Afryce głodują nie oznacza, że po prostu trzeba wszystko zjeść i, że wyrzucanie jest zabronione. Okej, mea culpa, lekcja nauczona! Pomimo iż śniadania nie chce mi się jeść, wiem, że byłoby po prostu nierozsądnym wyjechać na resztkach cukierków, więc coś tam w siebie wrzucam. Jako iż w domu mam nie pokazywać się wcześniej niż około 18tej, planuję sobie późniejszy wyjazd spisując kilka słów na kompie.

O 10 jestem na rowerze. Ostatnia prosta! Nie mogę uwierzyć! To pewnie dlatego jedzie mi się tak dobrze.

Rozmyślam o moich dwóch tygodniach jazdy i zabawy i uzmysławiam sobie, że dopiero teraz, kiedy dobiega ona końca i kiedy znów zbliżam się do prawdziwego świata, zaczyna przebijać się na nowo „normalne” myślenie. Myślenie o tym co dalej, co trzeba zrobić, czego robić nie trzeba itp. I taki niepokój w żołądku. Wakacje się skończą i „co dalej”? (nie Wojtek i Peter, nie mówcie mi „that’s it”!).

W poprzednie dni w ogóle o tym „co dalej” nie myślałam. Tak naprawdę, to o mało czym myślałam. Kiedy ludzie słyszą, że siedzisz przez 10 godzin na rowerze, zachwycają się: oh! Masz tyle czasu na przemyślenia! Zapewniam, że nie. Też myślałam, że będę mogła niektóre rzeczy sobie poukładać, nad innymi się zastanowić, przemyśleć jakieś problemy i wahania. Nic z tego! Kiedy jest się na rowerze, nie to żeby nie było czasu, ale mózg się po prostu wyłącza. Jest się całkowicie skupionym na „tu i teraz”. Na drodze, na pedałowaniu, na tym co na wprost i obok, na dźwiękach (wysłuchuje się nadjeżdżających ciężarówek, żeby wiadomo było kiedy mocniej kierownicy należy się chwycić i modlić o przeżycie), na trasie oraz na różnych innych sprawach istotnych w danym momencie. Na przemyśliwanie problemów „prawdziwego życia” miejsca już nie ma. Nawet kiedy próbowałam świadomie czymś się w głowie zająć, moje pedałujące nogi zawsze przywoływały mózg do porządku i kazały zająć się drogą. Ale sobie dzięki temu odpoczęłam! Polecam wszystkim!

Zbliżam się więc do Wrocławia. Do zrobienia mam dzisiaj 150km. I mapę dla samochodów w nie za dużej skali… Jednak się nie lękam. Wiecie jak mówią: Bóg cię poprowadzi! W moim przypadku zdanie to nabiera dosłownego znaczenia. Szefu ma placówki w każdej mieścinie i nieważne w jak małej skali zrobiona jest mapa, kościół odfajkowany jest zawsze. A że większość tras zakręca właśnie przy tychże placówkach, wystarczy się na kościół kierować i dać się w ten sposób prowadzić! Ta technika nawigacyjna była również baaardzo przydatna w Niemczech, gdyż nie musiałam wtedy o skomplikowane rzeczy się wypytywać tylko o „Wo ist die Kirche?” (=Gdzie jest kościół?). Uwielbiam!

Trasa do Wrocławia jest lekka i przyjemna, co nie oznacza, że jest mi łatwo! Po stu kilometrach roweru trzymam się już tylko zębami! Jestem tak zmęczona, że oczy mam całe czerwone i momentami na płaskim to prawie zasypiam (w żaden rów na szczęście nie wjechałam!). Może dobrze więc, że tych autostrad jak nie było tak nie ma i że stan polskich dróg, odkąd ojczyznę opuściłam, się nie poprawił: kiedy jadę po dzikich wertepach w kolejnej wsi, tak mną trzęsie, że przynajmniej budzę się do życia!

Po jakichś 145km przekraczam granicę Wrocławia. Po kolejnych 2 zaczynam rozpoznawać okolicę! Woohoo! Jestem w domu! Pedałuję z całych sił. Tylko raz na początku muszę zapytać się o drogę, ale jakie to słodkie zapytanie „przepraszam, którędy na Hallera?”! Jestem tak podekscytowana, że – jak okazuje się dnia następnego – nie zauważam nowo wybudowanych budynków i zmian w mieście. Liczy się tylko dotarcie do mety!!!

Wjeżdżam w końcu w znajomą mi Hallera, przejeżdżam kolo Carrefoura, jeszcze tylko Mielecka (hej, coś dziwnie wygląda! Jakieś drzewa tu ścieli czy zasadzili i dlatego jest tak szaro-buro czy już na oczy nie widzę?) i jestem na mojej kochanej Kruczej.

Otwierają mi bramę, ale zamiast zwycięskiego szampana, nawet pies coś się średnio cieszy z mojego przyjazdu (nie poznaje mnie czy co?!). No dobra, mama się cieszy ale siostra to poczekać już na moje dobicie do mety (jest dopiero 19ta) nie mogła, bo ”ważniejsze sprawy na Rynku” ją wzywały…

Brudna, zmęczona, krzywo opalona, z czerwonymi oczami i siniakami we wszystkich możliwych miejscach ale zadowolona, radosna i spełniona przekraczam próg domu. Tysiąc czterysta pięćdziesiąt sześć kilometrów i sześć metrów i jestem w domu!

Uff. Zmachałam się.

Km: 152.69km

Max: 58.5km/h

Czas: 7:02.47

Średnia prędkość: 21.7km/h

Całkowity dystans: 1456.06

Jejciu! Ale polska wieś potrafi być urocza!

Tutaj to można by urządzić pierwszej klasy imprezkę.

Ścieżka przez las. Skrót. Oczywiście.

I my też mamy twierdze warowne!

Ostatnie zawinięcie mapy - widać już Wrocław!!!

Jeśli na powyższym zdjęciu widzicie napis "Urząd Główny", to znaczy, że już się na zapas naczytaliście moich głupot i powinniście iść odpocząć. Taki właśnie napis widziłam na tym znaku przez 10 sekund. Aż musiałam zrobić zdjęcie by zobaczyć co na nim wyjdzie kiedy nie będę padać na twarz!

Na twarz na szczęście nie padłam, głównie dzięki zaawansowanej technologii chroniącej kierowców przed zaśnięciem za kierownicą.

THE END

piątek, 10 lipca 2009

Dzień 13 (czw 09/07/09)

Ojczyzno kochana, tęsknię po Tobie!!!

Na nogi zrywam się o 5.30. Warum?!?! Martwię się o siebie, bo moje zdolności adaptacyjne wyraźnie się ostatnimi czasy zmniejszyły. Nie jestem już w stanie spać gdziekolwiek, o jakiejkolwiek porze i w jakiejkolwiek pozycji po 16 godzin na dobę… Jest źle. Co się ze mną dzieje?! To musi starość już być, w końcu wybiło mi niedawno ćwierćwiecze a jeśli jest jedna rzecz, którą pamiętam ze znienawidzonych lekcji biologii, to to, że wraz z wiekiem zmniejsza się zapotrzebowanie na sen (nie pamiętam jak i dlaczego ale wiem, że to było!). Tym razem to rozmiar poduszki mi nie odpowiadał…

Chłopaki wstają również (ale się mnie słuchają: czego nie zrobię to oni za mną!) więc robię dla wszystkich śniadanie (znaną co poniektórym owsiankę… aaach…).

Na rower wsiadam o 8mej. Dzisiaj ma nie padać, choć co do Gorlitz to niewiadomo. Na śniadanie serwuje mi się godzinną górkę, żeby wydostać się z doliny, w której leży Dresdno. Jest super i normalnie kocham moje łydki. Robią się jak u prawdziwego kolarza! Jeszcze kilka razy w tę i wewtę po Europie się karnę i będę 100% rowerowe łydki miała!

Jedzie mi się bardzo dobrze tylko mam wyraźny problem z jedzeniem. Jestem CIĄGLE głodna. Od kilku dni ciągle tylko jedzenie i jedzenie. Już nie chodzi o to, że jedzenie kosztuje, ale o to, że jego przygotowanie i skonsumowanie zajmuje dużo czasu. Czasu, którego później jest mniej na pedałowanie! I nie wiem czym spowodowana jest ta zmiana. W pierwszych dniach nie byłam bowiem specjalnie głodna i nawet się zastanawiałam, czy jem wystarczająco dużo i czy gdzieś mi baterie po drodze nie wysiądą. Mark Beaumont, Irlandczyk, który na rowerze świat zjechał robiąc ok. 150km dziennie, potrzebował 6500kcal każdego dnia… Jest to odpowiednik 6 przeciętnych kolacji Wigilijnych, a wiadomo, że już po jednej ciężko się ruszać!

No więc nagle, od 3 dni, co chwila muszę na posiłki się zatrzymywać. Co jem, to jakby do czarnej dziury a nie do żołądka trafiało: ślad i słuch momentalnie po wszystkim ginie! Mój organizm chyba w końcu się skapnął, że tu w żadne kulki nie gramy, tylko na poważnie rowerem jedziemy i przestawił się na szybszą pracę i większe zapotrzebowanie paliwowe…

Ok. Niech będzie: o 10 szybkie kanapki z miodem. Może jak jeszcze zaleję je wodą, to mi wystarczą do 13?

Po godzinie, okej?!, po godzinie!!! znowu chce mi się jeść! Ten dzień jest najgorszy ze wszystkich! No bo ile można?! Marzy mi się kebab. Kebab, jak doszłam kiedyś do wniosku z równie dużo podróżującą koleżanką, nie zawiedzie cię nigdy! Uwielbiam jedzenie, no ale już nie mogę. Nie wsiadałam na rower, żeby jeść ale żeby jeździć. A tu się ruszyć nie mogę, bo co zaczynam pedałować to mi się ssanie w żołądku włącza! Już nie mogę patrzeć na jedzenie.

Drastyczne sytuacje wymagają drastycznych metod. Postanawiam sprawę załatwić raz a dobrze. A jeśli to nie zadziała, to oficjalnie przechodzę na strajk głodowy! O 12tej dopadam budki z kebabem: jeden masywny kebab + ogromne frytki proszę. Zjedzone, to teraz do sklepu po M&Ms i wodę. W sklepie M&Msów nie mają, gdyż je to sklep MASYWNYCH podróbek. Biorę fałszywe M&Msy: fuuu, nie są nawet w połowie tak dobre jak te prawdziwe! Jeśli ktoś wychował się na M&Msach, to przestrzegam: podróbki go nie usatysfakcjonują! Na ale Karola, 5ciu lat nie masz, nie będziesz wybrzydzać. Jak trzeba to trzeba! Dla przyjemności tu nie przyjechałaś i jak trzeba to zaciśniesz zęby. No to obalam pół worka (fałszywych) M&Msów i opracowuję nowatorski sposób podjadania kolorowych kulek w czasie jazdy.

500g cukierków później… uuuch… ale się objadłam. Przeszłam z ciąży średnio-zaawansowanej do stadium terminalnego. Trochę mi nie dobrze. Chyba przesadziłam z tymi (fałszywymi) M&Msami. Uuu... teraz rozumiem już ideę odżywek sportowych: chronią sportowców przed zgonem wywołanym zabójczym połączeniem kebabów z pół kilo cukierków!

No ale do tego pustego mózgu, w którym musiały się wcześniej naderwać co poniektóre połączenia nerwowe, w KOŃCU dotarło, że nie, nie jestem głodna i nie mam ochoty jeść. Przesłanie to przeszło tak dobitnie, że wieczorem obywam się bez kolacji (=fałszywe M&Msy ciągle żywe!).

Ten masywny posiłek dodaje mi jednak sił, bo pędzę, że aż się kurzy. Choć jest to pewnie spowodowane połączeniem kilku czynników: już tylko kilkadziesiąt kilometrów dzieli mnie od granicy z Polską, jest piękna pogoda a góry też jakby mniejsze (albo się wytrenowałam, albo rzeczywiście zaczęły się przerzedzać). Nie mogę się doczekać kiedy do kochanego Polandu przyjadę. Niby nic się nie zmieni, ale jakoś w środku czuję, że ponieważ będę „u siebie” to droga będzie łatwiejsza. Pędzę więc pobocznymi dróżkami. Krajowa 173 widzę, że sobie odpuściła. Przed samym Gorlitz jednak wysyła na misję koleżankę 6tkę. Dosyć się jej boję, bo domyślam się, że zwróciła się o pomoc do silniejszej kumpeli: dwupasmówki będącej transgraniczną drogą tranzytową. Aż strach się bać! Robię więc 10km objazdu polnymi dróżkami i bawimy się z krajową w przeplatanie i zaplątywanie jak dwie pijane nitki spaghetti. Pod koniec zostaję przyparta do muru i na 6tkę muszę wjechać. Okazuje się jednak, że są ścieżki rowerowe! Jestem uratowana.

Pokonuję więc jak na skrzydłach ostatnie kilometry w Niemczech. Mimo iż pracowałam intensywnie nad moim Niemieckim (jeszcze przejazd z powrotem i podciągnę go do poziomu języka C!), to jestem zmęczona powtarzanym w kółko „Wo ist der Ratweg nach… Polen?” (=gdzie jest ścieżka rowerowa do… Polski?). Nie przypuszczam aby zdanie to było wyrafinowanym zabiegiem oratorskim ale z jakiegoś powodu ludzie zaczynają się po nim rozgadywać tak, że kiedy przerywam im oznajmując, że nie mówię po Niemiecku i nie rozumiem, to zazwyczaj śmieją się patrząc na mnie z zaskoczeniem. W Niemczech wiele osób mówi na szczęście po Angielsku. Na wsi nie za bardzo. Ciekawym jest, szczególnie kiedy pytasz o drogę starszych mieszkańców, że trudno jest co poniektórym zrozumieć, że fakt, że umiesz zadać w ich języku poprawnie skonstruowane pytanie, wcale nie oznacza, że tym językiem władasz albo nawet go rozumiesz. Zaczynają się oni zazwyczaj rozgadywać o trasie, stanie dróg oraz zabytkach regionu a na historii ich życia kończąc. A ty tylko stoisz, grzecznie potakując głową i mając nadzieję, że wyłapiesz z tej opowieści jakieś „gerade aus” (prosto), „links” (lewo) czy „uber brucke” (przez most) i tym podobne.

Dla mnie pobyt w kraju, którego językiem nie władam jest szczególnie frustrujący. Przez całe dotychczasowe życie robiłam praktycznie tylko to: uczyłam się języków by rozumieć i móc się dogadać. Uczyłam się francuskiego, żeby rozumieć mamę i babcię zapodające po francusku, kiedy omawiały tematy „nie na uszy dzieci” oraz angielskiego, żebym mogła z Michaelem Jacksonem się dogadać jak go spotkam (dalej nie mogę nie mogę uwierzyć, że zmarł dzień przed moim wyjazdem! Sama o mało na zawał nie zeszłam jak się rano dowiedziałam!). Tak więc te 9 dni, spędzonych u zachodnich (albo wschodnich, zależy skąd się patrzy!) sąsiadów, były dla mnie niezłym testem pokory, cierpliwości oraz mojej nowo nabytej umiejętności proszenia: jak tylko ktoś mówił po angielsku prosiłam go o pomoc w załatwieniu całej masy spraw (jak zapytać się o coś w sklepie, jak wybrać książkę, jak przetłumaczyć legendę mapy itp.). Ciężko było, ale się udało! Jednak przed rowerowym powrotem do Paryża, na teren Niemiec nie wjeżdżam bez kilku lekcji języka!

Dzisiejsza trasa jest bardzo przyjemna. Nie dość, że teren łagodnie faluje pod rowerem, to jeszcze jest piękne słonce a drogi są całe dla mnie: żywej duszy! Tylko ja, mój rower, pola i ich turbiny wiatrowe (=wiatraki). A wraz z nimi na drogę dołącza do mnie pani Donovan, która na moim egzaminie dyplomowym wygłosiła przemówienie na temat historii technologii wiatrowej. Nie powiem, żebym dużo na ten temat wiedziała, a 10 minut, które miałam na przygotowanie wprowadziło jeszcze większy zamęt w mojej głowie. Zupełnie się wtedy pogubiłam i nie wiedziałam już, które to wirnik, które to piasta a które to turbina (sic)! W kabinie więc rozpływam się w mękach i cierpieniach, powtarzając sobie w myślach: „kończ waść, wstydu oszczędź!”. A ona nie kończy!!! Przez 15 minut trzymam się więc kabiny paznokciami, umierając pod ciężarem moich topornych „wynalezisk językowych”. Aghr! W Niemczech więc, co tylko widzę jakiś wiatrak (a jest ich pełno!), w głowie pojawia się pulsujące w rytm pedałowania „pani Donovan pani Donovan pani Donovan”. I po prostu NIC nie mogę z tym zrobić. Raz się człowiek straumuje a potem trauma ta, jak zołza, do końca życia się za nim wlecze!

Wypatruję więc kresu elektrowni wiatrowych, choć nie tylko dlatego, że nie będę rozmyślać już wtedy o moich nauczycielach z ESITu (nie no, na wakacjach jestem!). Koniec wiatraków oznacza bowiem początek Polski!

Około 17tej jestem na ostatniej prostej do Gorlitz. Jadę ścieżką rowerową 6tki. Przy drodze znaki przestrzegające kierowców przed szybowcami: chodzi o to, by się nie przestraszyli jak samoloty będą lądowały na łące obok nurkując nisko nad drogą. Ja widzę dwa. Tak pięknie i beztrosko sobie falują w powietrzu. Jak ptaki, które od niechcenia robią pętle i fikołki prowadzone przez wiatr! Jadę z głową w chmurach (dosłownie), przez całe 10 minut. Patrzę się na nie w zachwycie, z uwielbieniem i rozmarzeniem na twarzy. Przejeżdżający ludzie aż obracają się, by sprawdzić co mnie tak podnieca. Myślę sobie, że szybowce będą chyba moim następnym ruchem!

Docieram do Gorlitz. Jakie ładne miasto! Wspaniale jest się pytać: „przepraszam, którędy do Polski?” (spróbujcie powiedzieć to na głos – śmiesznie brzmi!). W pewnym momencie pytam kolejnego rowerzysty:

- A pani po polsku mówi? To po polsku trzeba się pytać, nie po niemiecku! – odpowiada pierwszy Polak spotkany na mojej drodze. Ale radocha!!!

Przejeżdżam przez stare miasto oraz przez polsko-niemiecki most. Widzę niebieską tablicę z owiniętym w gwiazdki „Republik Polen” oraz małą plakietkę precyzującą, że to za 200m. Jak przejadę przez most na pewno będzie taka sama tylko, że po polsku. Będę miała kolejne zdjęcie do mojej kolekcji. Europejskiej plakietki jednak nie ma. Jest jedynie standardowa tablica z rysunkami objaśniającymi przepisy drogowe obowiązujące w RP oraz wielki bociek spoglądający na mnie ze sponsorowanej przez ATLAS tablicy „Polska wita” no i słupek graniczny. Oooh, ale jestem zawiedziona.

W Zgorzelcu zaopatruję się w moją ostatnią mapę. Niestety, w Polsce jest totalny brak map rowerowych (sprawdziłam w dwóch księgarniach i na stacji benzynowej). Świetnie. Będę musiała poradzić sobie z mapą Dolnego Śląska dla kierowców. Nauczona doświadczeniami w Niemczech od razu obieram sobie trasę dookoła, prowadzącą małymi drogami. Aby jednak na nie się dostać muszę chwilę karnąć się jedną z naszych rodzimych krajówek. Hej! Tu jest duży pas pobocza i mało samochodów! Mogę jechać! Przejadę przez Lubań i może zatrzymam się jakieś 40km od Zgorzelca?! To by było fajnie!

Pomysł jest baaardzo głupi, gdyż zrobiłam już dzisiaj 120km. Mój mózg mówi mi „dalej, więcej, szybciej” natomiast ciało krzyczy „zostaw mnie, spadaj na drzewo albo najlepiej do łóżka!”. Nie pozwoli mi dalej jechać i bardzo dobrze: po 140km zatrzymuję się w Lubaniu.

Jakie jest moje zdziwienie stanem miasta. Po pierwszej ciekawej katedrze następuje pustka. Nie ma NIC. Same banki oraz agencje kredytowe. Kemping, który zaznaczony jest na nowej planszy informacyjnej nie istnieje już od ponad 10 lat. Nie ma nawet hotelu! Co ja zrobię? Na dziko rozbijać się namiotem nadal boję, w tej odległej mi Polsce nawet bardziej niż w obcych Niemczech.

Telefon do sisty. Krótka akcja i reakcja: znajduje mi dwa potencjalne noclegi w prywatnych kwaterach. Uff, jestem uratowana! Idę spać o 10tej. Bez kolacji. Nigdy więcej (podrabianych) M&Msów!

Km: 140.14

Max: 60km/h

Czas: 6.59:22

Średnia prędkość 20km/h

Calkowity dystans: 1303.37


Gdyby nie było widać mojego zamierzenia artystycznego, chodziło mi o wspaniałe uzupełnienie nazwy sklepu AKTIV z kimającą w samochodzie panią. Ten parking zapamiętam również dlatego, że to tu spróbowałam zabójczej mieszanki kebabu z M&M'sami (fałszywymi).

Ta maszyna jest genialna. Gniecie w sekundy butelki plastikowe i wydaje kupony za które dostaje się kasę (=zwrot kaucji). Dopiero po którejś butelce z kolei skapnęłam się dlaczego zamiast 0,19EUR płaciłam 0,39 - kaucja! Duh!!!

Najmniejsza wiocha jest dzisiaj europejsko wielojęzyczna.

Zdjęcie dedykowane wiadomo komu.

Proponuję zamianę haseł typu "przemoc/miłość nie zna granic" na "korki nie znają granic".

W tym regionie mieszka mniejszość etniczna mówiąca językiem bardziej podobnym do czeskiego niż niemieckiego.

Zachodnie Gorlitz czyli ostatnuie podrygi Niemiec przed granicą.

Polska!

Atlas wita... mogliby się Polacy na coś lepszego złożyć.

Lubań. Oprócz pięknego kościoła w mieście nie ma niestety nic...