czwartek, 9 lipca 2009

Dzień 12 (śr 08/07/09)

Mapa na księżyc

Na rower wskakuję o 9.

Środa jest dniem trudnym. I jak widać na załączonym poniżej obrazku, nie tylko dlatego, że jest w środku tygodnia kiedy minionego weekendu już się nie pamięta a do kolejnego jeszcze daleko.

Zadanie pierwsze: kupić mapę! Ivan prowadzi mnie do miejskiej księgarni. Ile mają tam map! Jedną z Lichtenstein do Dresden proszę. Nie ma? No to przynajmniej z Lichtenstein do Chemnitz. To wprawdzie tylko 20 km, ale wolę nie jechać krajową 173, tylko pobocznymi drogami. Pani w księgarni ma wszystkie mapy świata, z Grenlandią włącznie (mapę Marsa też by miała, gdyby była w sprzedaży), ale żeby ktoś z Lichtenstein 20km chciał się przejechać do Chemnitz to pierwsze słyszy… Świetnie, będę musiała znienawidzoną krajową pojechać. Zaczyna się podwójnie świetnie, bo startuję w złym kierunku: zjeżdżam z górki i zdążam wjechać na przeciwległą zanim orientuję się, że jadę w przeciwnym kierunku!!! Aghr!

Krajowa 173 to cała historia miłosna, która ciągnie się już od ponad tygodnia. Wjeżdżając do Niemiec obrałam ją sobie jako najkrótszą trasę do domu. Niestety, życie pokazało, że krajowe w Niemczech to nie to samo co krajowe we Francji, które są jednopasmówkami w świetnym stanie, rzadko uczęszczanymi przez auta a na dodatek z szerokim poboczem: idealne dla cyklistów, którym się śpieszy. Wystarczy spisać sobie numery dróg i dojedzie się wszędzie.

Krajowe w Niemczech, to wąskie dwupasmówki z *zerowym* poboczem, przez które co chwila przejeżdżają tiry i inne ciężarówki. Tylko odważ się wjechać na taką, a żadne jadące auto nie odmówi sobie przyjemności strąbienia cię. Kiedy wjechałam do Niemiec z Luxemburgu nie wiedziałam o tym i prawie dostałam zawału serca jadąc pierwszą krajową. Stąd też taka duża potrzeba map rowerowych.

Podążam więc wszystkimi dostępnymi ścieżkami rowerowymi i pobocznymi dróżkami, które pędzą równolegle do 173, okrążają ją, wymijają, przecinają nad i pod. A 173 jest uparta i stale się naprzykrza i podskakuje. Co myślę, że już jej uciekłam ta nagle zawraca ze zboczonego kursu by przywalić mi więcej i mocniej. Czasami pożera bowiem moje polne drogi i nie mam wyjścia, muszę przystanąć na jej warunki i podążać w rytm jej tirów, ciężarówek i traktorów.

Do Chemintz więc mapy nie mam i będę musiała 173 jechać. Pytanie polega teraz na tym, ile wielkich samochodów jestem w stanie ścierpieć. I przez jak długo. 20km…. To nie jest aż tak strasznie dużo, a przynajmniej wiem, że kurs mam „prosto przed siebie” więc dojadę w godzinę.

W Chemnitz jestem wg planu. Od czasu do czasu trochę pokropuje, ale ogólnie jest okej. Godzina 11sta. Głód zaciąga mnie pod jakąś budkę z małymi pizzami gdzie okazuje się, że przy okazji jestem pod ogromnym sklep z mapami. Tutaj mapy z Chemnitz do Dresdna również nie mają. Muszę kupić aż 3, by z ich skrawków skleić sobie samodzielnie „patch-mapę” (nowy kierunek w sztuce będę lansować!). Dochodzę do wniosku, że rejon Lichtenstein – Chemnitz – Dresdno jest totalnie nieuczęszczany przez rowerzystów i zaczynam się zastanawiać czy to nie jakiś rowerowy „Trójkąt Bermudzki”, gdzie rowerzyście giną w strasznych męczarniach, w okolicznościach owianych mgłą tajemnicy i zapomnienia i to dlatego region ten do dzisiaj nie został zrysowany na jednej mapie…

Mapy mam, robię jeszcze szybką przebieżkę po rynku i przed wyjazdem zahaczam o sklep, by kupić wodę i owoce. Jedziemy. Nie. Stop. Znowu głodna jestem. Okej, to jeszcze tylko szybka przerwa kanapkowa i będę mogła jechać. W czasie mojej przerwy obserwuję z niepokojem jak słońce stara się przebić przez chmury, które zaczynają gromadzić się i krążyć nade mną jak sępy. Wyjeżdżam o 14.

Do Dresdna mam 70km. W momencie kiedy wchodzę na rower zaczyna padać. Ooo nieeee!!! No ale trudno. Jedziemy. W Dresdnie mam nagrany nocleg (niech żyje CouchSurfing!), więc muszę dojechać. To znaczy, nie, NIC nie muszę – to jest najlepsze! – ale chcę. Będę mogła się bowiem tam przeprać, jeśli bardzo zmoknę to i wysuszyć a poza tym to luksusów spania na łóżku nie ma nawet jak porównywać do spania pod namiotem. Poza tym z Dresdna będę miała już tylko 250km!!! Jestem prawie w domu!

Za Chemnitz zaczyna się ulewa. Na ulicach zero żywej duszy. Jeszcze tylko z rozbiegu wpadam na rowerzystę pędzącego zygzakiem w samych kąpielówkach. Macham do niego z uśmiechem na twarzy i obydwoje zaczynamy szczerzyć do siebie zęby. Ale biedny wygląda! Pewnie wakacyjnie wygrzewał się nad jeziorem a tu mu się wakacje skończyły brutalnie!

Skręcam na wylotową za miasto. Pod dachem przydrożnego zakładu chowa się inny rowerzysta. Wgapia we mnie wzrok, ja w niego i w obopólnym porozumieniu kolarzy zaczynamy się do siebie uśmiechać i machać. Jest to tak radosne, że nie wiem czy to deszcz czy wysiłek na mózg mi padł, ale nawet nie widzę dobrze jego twarzy, tylko te ogromne, błyszczące się do mnie w kształcie banana białe zęby. Jego opalona, promieniująca twarz zostaje ze mną przez kilka kilometrów. Ach, powinnam była nigdzie nie jechać tylko przeczekać z nim ten deszcz pod tym dachem!

Ulewa rozkręca się na całego: z grzmotami i piorunami. Jestem przemoczona do suchej nitki (tzn. takowej nawet już nie posiadam). Bardzo dobrze. Skoro jestem już mokra, to przynajmniej nie mam już nic do stracenia: bardziej zmoknąć przecież nie mogę. A nie! Stop! Mój komputer! Nie wybaczę sobie jeśli coś mu się stanie! Szybki skręt pod dach przystanku autobusowego żeby sprawdzić stan rzeczy i okryć komputer workami. Jest okej: sakwy dobrze się spisują i na razie wszystko jest względnie suche. Ja zakładam na siebie pelerynę przeciwdeszczową. Wyglądam w niej jak fluorescyjny Upiór z Opery. Nie to, żeby peleryna miała mnie przed mokrym ochronić. Może jednak z nią przynajmniej nie będzie się ze mnie lało jakbym spod prysznica wyszła. Co w sumie też nie byłoby takie złe, jeśli pomyśleć o tych moich brudnych zębach: przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że się nie kąpię! Trzeba umieć łapać okazję! Trochę mniej podobają mi się jedynie moje „ekskluzywne” (w tym „nowoczesnym” znaczeniu tego słowa) baseny w moich butach…

Deszcz. 10km… 20… Przy 30tym zaczynam wariować, zwłaszcza, że wredna 173 ewidentnie podskakuje tak aby dostać w zęby! Świetnie, sama się o to prosiła! Wskakuję na nią ale z muzą tak głośną aby zagłuszyć wszystkie wymijające mnie auta. Jak gdyby to nie było wystarczające dodaję do tego specjalny wokal w wykonaniu Karoli: drę się na CAŁY głos, ale tak, że aż gardło boli (Michael w wersji reggae: I want you back! Aaaw! I want you back! OoooH!!! Baby!!! Aaaw!!! Baby! AAAW!!! Baby! AAAAAWWWW!!!) Gdyby ktoś przejeżdżał z otwartym oknem, mógłby się zapytać, czy tu dzieci ze skóry obdzierają… W momencie kiedy słów do piosenki mi brak, wymyślam ciemnym chmurom i zapodaję autorskimi wiązankami, których ze względu na cenzurę nie mogę tu niestety przytoczyć.

Godzina 16. Pada na całego. Czas zatem na małą przerwę techniczną na obiad. Siadam w jakimś przejściu między budynkami naprzeciwko szklanej witryny sklepu z okularami. Panie sprzedawczynie patrzą się na mnie wielkimi oczami i pokazują każdemu nowemu klientowi. Śmichichichy, ukradkowe spojrzenia: tak, też was widzę z tej strony! – macham każdemu nowemu przybytkowi w sklepie, mając nadzieję, że zostawią mnie w końcu w spokoju i pozwolą konserwę zjeść. Okej, już wiem jak się czują zwierzęta za kratkami: nigdy więcej nie idę do zoo.

Jestem z powrotem na rowerze jednak po kolejnych kilometrach w deszczu zaczyna być źle. Jestem przemarznięta do szpiku kości. Ręce mam tak skostniałe, że trudno mi się przerzutki zmienia. Staram się je rozruszać, ale wtedy jest jeszcze gorzej. Uczucie takie, jak gdyby ścięgna zamarzły i przy każdym ruchu przechodził po rękach dreszcz elektryczny. A wewnątrz to na pewno wszystko mi zamarzło. Jezu, no i na pewno się rozchoruję! Tylko tego mi brakowało! No nieee! Kiedy już tak dobrze mi szło i mogłam się do Wrocka na czas się wyrobić! Buuu! No dobra, w głowie robie szybki remanent wszystkich znanych mi sposobów na przeziębienie: dzisiaj będę musiała najeść się czosnku, wypić gorącą wodę z imbirem oraz spędzić pół godziny pod gorącym prysznicem a rano wypić moją kawą z dodatkową porcją cynamonu i imbiru.

Jadę dalej, nie mogąc się nadziwić, jaka jestem dzielna, że tak dalej w ten deszcz (tak, z samouwielbieniem też nigdy nie miałam problemów!). Rzeczywiście determinacja (oraz perspektywa gorącego prysznica) jest, więc nawet nie musicie mnie chwalić: sobie sama pierwszą nagrodę w tej kategorii przyznaję!

Do Dresdna dojeżdżam na 20. W końcu, po 80 km, przestaje padać (lepiej późno niż później, nie?). Jeszcze tylko dojechać do centrum i będę w domu. Miasto piękne. Takie ładne a ja jestem taka zmęczona i siły nawet nie mam żeby je zobaczyć!

Do Dirka (chłopak z CS) dojeżdżam po godzinie: z roweru zsiadam więc o 21. Nawet nie pamiętam jak ma wyglądać, bo na necie miałam tylko 15minut i przeglądnęłam tyle profilów, że wszystko już mi się miesza. Na umówionym skrzyżowaniu uśmiecha się do mnie dwóch chłopaków. Chwila, jakaś imprezka ma być i o tym nie wiem? Tak, jeden z chłopaków to Niemiec Dirk a drugi to inny surfujący u niego couchsurfer – Guillaume z Francji. Guillaume poprzedniej nocy dojechał do Dresdna (autem, rower ma w bagażniku) i spędził ją w aucie, gdyż na czas nie skontaktował się z żadnym członkiem CS. W domu biorę wymarzony prysznic i jemy przygotowaną przez Dirka idealną kolację rowerzysty: makaron z mięsnym sosem! Pycha!

Dirk udziela mi kilku rad rowerowych (też jeździ rowerem i to nawet po Polsce!) oraz pokazuje mi swoją kolekcję kreskówek: „Krecik”, „Bolek i Lolek”, „Wilk i Zając” i nawet kilka węgierskich, których nie było mi danych nigdy oglądnąć. Coś rozmawiamy o filmach i tych innych sprawach i okazuje się, że biedny Guillaume zupełnie nie wie, o co chodzi. I nie tyczy się to tylko radosnej komunistycznej spuścizny kulturalnej! Coś majaczę, jak to mam w zwyczaju, o tym, że chcę się stepowania nauczyć, odkąd w filmie widziałam Freda Astaire. Guillaume biedny myśli, że mówię o Redzie Astairze (aka Freddie Cruger) i chyba nie do końca wie, co to stepowanie… Jestem tym trochę zaskoczona, no ale reflektuję się i pytam ile ma lat (na oko daję mu 25):

- 21…?

- Oh…! Nie to, żebym była taka stara, ale ty dziecko jesteś! – wyrzucam z zaskoczeniem dla samej siebie ale i też z niemałą nutą zadowolenia, że to W KOŃCU nie ja jestem tą najmłodszą, która nic nie wie i o niczym nie słyszała.

Robię więc mu szybkie wprowadzenie w temat Freda Astaire, bo nie wyobrażam sobie wypuścić to dziecko z powrotem w dorosły świat bez uprzedniego uświadomienia…

Km: 118.55

Max: 65km/h

Czas: 6:44.10

Średnia prędkość: 17.6km/h

Całkowity dystans: 1163.23


Ivan z saudyjskiej mafii rosyjskiej spotkany w niemieckiej wsi.

Chemnitz

Ratusz

Żeby nie było, jest po europejsku, czyli wielojęzycznie.

Suszarka do rąk tylko dla zamężnych/żonatych.


Ratusz z windy centrum handlowego. W czasie moich 2 tygodni na rowerze ani razu nie musiałam uciekać się do natury: zawsze gdzieś znajdowałam "cywililzowaną" łazienkę.

Kanapka z tuńczykiem według pięciu przemian: pychoooota!

Las to jak zawsze skrót i jak zawsze pod górę.

Nastrojowe jak z obrazka przedwojennego.

To przed tym kościołem zaczęło padać a skończyło tuż przed Dresdnem.

Drzewa-mrówki.

Wjazd do Dresdna.

Miasto z widokami zapierającymi dech w piersiach.


Niestety byłam tak przemoknięta i zmęczona, że żadne zwiedzanie nie było mi w głowie.

Dojechałam, wykąpałam się, przeprałam. Tutaj razem z innym CouchSurferem (Guillaume z prawej) obmyślamy plan kolacji.

środa, 8 lipca 2009

Dzień 11 (wt 07/06/09)

Chyba nic z tego

Na śniadanie świat serwuje mi górkę. Cwana była, ale ją zjechałam. Dobrze mi poszło (albo nie górka tylko pikuś to był?!) Po górce na śniadanie nadchodzi łagodne falowanie w górę i w dół. Bujam się tak, że aż miło przez około 30km. Jadę szczytem pasma gór/wzniesień. Przepiękne widoki, łatwa trasa: mogę odpocząć po wczorajszym ostrzejszym podjeździe. Tego mi trzeba było!

Dzisiaj ważny dzień: przejadę 1000. (tysięczny) kilometr. Ta podniosła chwila następuje w Plauen. Bałam się tylko, aby nie nastąpiła jak będę zjeżdżała 50km/h z góry, bo trudno się wtedy hamuje i łatwo to przejechać, ale mam szczęście i 1000 pojawia się na płaskim. Krótka przerwa: trzeba to uwiecznić na zdjęciu (znalezienie idealnego ujęcia zajmuje mi pół godziny). Moment ważny, ale również uzmysławia mi jak długo zajęło mi pokonanie tego dystansu i ile jeszcze przede mną.

Ehhh… jeszcze 500km albo jak znam życie dłużej… Boże, nie dojadę. Po co ja w ogóle na ten cholerny rower wsiadałam?! No przecież to oczywiste, że nie dojadę na czas! Rowerować mi się zachciało! Sama się o to prosiłaś, więc teraz cierp i płacz!

No ale dobrze, nie panikujmy. To w niczym nie pomoże. Obiektywnie oceńmy sytuację: mam jeszcze 5 dni (z wtorkiem łącznie: jest dopiero 11 rano) czyli mogę przejechać 1500km i lepiej dla Wrocławia, żeby leżał w tej odległości! A jeśli nie…? Wsiądę w pociąg albo, jeszcze lepiej, do taty zadzwonię i na pewno przyjedzie zebrać moje szczątki z trasy (kupienie biletu na pociąg mija się z celem zaoszczędzenia kasy na biletach lotniczych).

Nie załamujemy się więc i jedziemy dalej. Dojeżdżam do dużego miasta (którego nazwy teraz już nie pamiętam) i w którym nie ma kempingu. Jest za to schronisko młodzieżowe w mieście 5 km obok: Lichtenstein. Mam mapę ze ścieżkami rowerowymi tam prowadzącymi, dojadę więc w pół godziny. Ale nie! Nagle gubią mi się gdzieś rowerowe drogowskazy i muszę pytać o drogę.

Z 5km zrobiło mi się 25!!! I to jeszcze połowa krajową 173! Aghr!!! Jestem WŚCIEKŁA! Ale to tak, że pianę toczę! Problem ludzi udzielających wskazówek jest taki, że poruszają się oni autami. O rowerach czy ścieżkach w życiu nie słyszeli i kierują mnie jak auto: na „najszybszą” trasę, czyli okrężną obwodnicę i te sprawy. I tu dochodzimy do innego niemieckiego problemu: ten kraj został zbudowany pod auta. Wszystko jest tu dla i z myślą o autach. Na jezdniach nie ma pobocza. Trzeba jeździć chodnikami i rozjeżdżać nieszczęsnych przechodniów.

Przed Lichtenstein kończy mi się mapa. Nie miałam gdzie kupić następnej, ponieważ w mieścinach, przez które przejeżdżałam nawet piekarni nie było a co dopiero księgarni albo lądowałam na środku pól jadąc krajową. W księgarni poprzedniej nie mieli zaś następnego regionu. Bez mapy będzie ciężko. Teraz klaruje mi się do jakiej kategorii wydatków należy zakwalifikować mapy. Dotychczas wpisywałam je do „INNYCH” ale powinnam je przenieść do „SPRZĘTU”. Bez mapy, jak bez łańcucha, jechać nie można. Kaput. Bez szczoteczki do zębów („INNE”) można: po prostu jedzie się z brudnymi zębami. I to jest kolejna zaleta jazdy solo: nikomu to nie przeszkadza a oprócz tego bez stresu mogę zajadać się czosnkiem bez słuchania ustawicznego narzekania mojej mamy „o nie, czosnek jesz? Ale nie za dużo…” Tak, kocham czosnek – jest to obwieszczenie oficjalne. W te kilkanaście dni zjadłam już całe dwa i ten namiot, od którego czuć czosnkiem to MÓJ!!! A jak się komuś nie podoba, to spadówa!!!

Koło Lichetnstein wypytuje się o schronisko. Pani w centrum handlowym baaardzo chce mi pomóc, ale nie jest w stanie wytłumaczyć mi dokładnie po angielsku gdzie się ono znajduje. Ja jestem już zmęczona. Nie mam jakoś specjalnie dużo kilometrów na liczniku, ale moje morale jest na -10 i naprawdę nic mi się nie chce. Jeśli jeszcze mam gubić się w jakimś głupim mieście, to już lepiej rozbiję sobie namiot koło autostrady albo po prostu padnę tu i teraz w tym sklepie.

Do miasta w końcu dojechałam ale na tablicy informacyjnej ani słowa o schronisku. Koło mnie bandy pijących niemieckich nastolatków. Może lepiej nie będę pytać się ich o drogę… Pojadę po prostu prosto przed siebie i zobaczymy.

Już mam ruszać kiedy zatrzymuje się auto: to pani z centrum handlowego. Ściągnęła męża i auto. Mam jechać za nimi: zaprowadzą mnie pod schronisko. Kolejne auto które mnie prowadzi jak VIPa! Super! W 10min jesteśmy na miejscu.

Właściciel nie mówi po angielsku. Na szczęście w ośrodku jest świetnie mówiący po angielsku i niemiecku Rosjanin Ivan. Jest tu z grupą młodzieży z Uralu na 3-tygodniowym programie finansowanym przez jakąś organizację Niemiecką promującą język i kulturę Niemiec. Ivan pracuje jako nauczyciel historii, jest na 5-tym roku filozofii a później chciałby pisać doktorat z arabistyki. Cała jego rodzina jest w Arabii Saudyjskiej gdzie prowadzą konserwatorium muzyczne. Fajnie co?!

W schronisku jest, kupiony specjalnie na projekt, komputer z internetem. Mogę z niego skorzystać przez chwilę. Sprawdzam mejle. Siostra pyta się jak będę ostatnią prostą między Dresdnem a Wrocławiem jechać. To w końcu tylko 250km. CO?! Czy to prawda?! Żadnych więcej objazdów i dodatkowych kilometrów?! Zaraz, zaraz! To gdzie ja jestem? I gdzie jest Dresdno?! Googlemaps (stary, daję ci ostatnią szansę!)!!! Do Dresdna 100km! A potem rzeczywiście 250 z hakiem!

Światełko w tunelu!!!

Km: 104.57

Max: 75km/h

Czas: 6.09:22

Średnia prędkość: 17km/h

Całkowity dystans: 1044.68

Niemiecka wieś.

Oto co zagranica robi z człowiekiem. Przysięgam, że nie zastanawiałam się nad tym ani sekundy. Samo się tak zapisało!

Górki i pagórki.

I swojskie klimaty.

Tysięczny kilometr zaszczyca swą obecnością miasto Plauen. Zero romantyzmu ja mówię!

Z górki na pazurki a potem trzeba będzie to odrabiać.

Niezłe cacko. Jak widać po czasie na zegarze, o godzinie 17 pada ostatnie zdjęcie. Potem, kiedy z 5km zrobiło się 25, byłam zbyt wściekła, żeby cokolwiek fotografować. Po ilości zdjęć można zatem wybadać moje samopoczucie danego dnia.

wtorek, 7 lipca 2009

Dzień 10 (pon 06/07/09)

Póki się nie roztapiasz: JEDŹ!

Dzień zaczynam o 7mej gotując na klęczkach moją owsiankę i posępnie przyglądając się zbierającym się nade mną chmurom. Babcia może być na górze nawet VIPem, ale z takimi chmurami to tylko szefu może zrobić porządek. Będzie padać.

O 9tej jestem w księgarni. Na podłodze na środku sklepu rozkładam mapy i opracowuję szybko trasę. Ooops, będzie przez wszystkie góry świata. Na dworze już leje. Szybki sprawdzian: z cukru nie jestem, rozpuścić się nie rozpuszczę. Jedziemy. Nie jest źle. Trochę mokro i zimno. Dopóty dopóki ścieżka rowerowa nie postanawia mi się gdzieś schować (na wsi są one baaardzo źle oznakowane). W pewnym momencie ląduje na środku łąki, w trawie po kolana, do jednej drogi mam 800m, do krajowej 400 pod górkę. Okej, idziemy do krajowej. No bo jak ja mam ścieżkami jechać, skoro one ciągle mi się chowają?! A niektóre to raczej przeznaczone są do jazdy ekstremalnej: mają pół metra szerokości, są umieszczone pomiędzy żywopłotami, gdzie nie odpuści sobie ŻADNA pokrzywa czy inne zielsko i jak przejeżdżasz to wymierza ci w nogi i w twarz. Trudno, pojadę znienawidzoną krajówką. Przyjemnie nie jest (z powodu stresujących aut) ale przynajmniej się nie gubię i dojeżdżam do tego miasta, do którego chciałam.

Deszcz, oprócz tego, że potrafi być wredny i nieprzyjemny, ma jeszcze inną właściwość: wyciąga zapachy. Cały dzień czuję to drzewa, to jakieś uprawy, zioła albo ciepły wiatr (też ma zapach!). W którymś momencie jest mi słodko. Zapach przypomina mi truskawki albo poziomki. Hej, stop, tu po lewej jest pole truskawkowe!!! Widzę nawet owoce! Zatrzymuję się! Nie! Pada deszcz! Jak zejdę z roweru i zacznę w polu się babrać, to na rower już nie wsiądę. Wsiąść na rower jak pada by się karnąć 100km nie jest takie łatwe! Z rozdartym sercem przejeżdżam więc niczym niewzruszona koło pola, mając w duchu nadzieję, że jakieś inne pole się jeszcze znajdzie.

Po przerwie obiadowej w małym barze przy stacji benzynowej (najtańsze i najlepsze jedzenie!) wychodzi słońce. Bardzo się cieszę, gdyż przede mną pasmo górzystych lasów.

Na góry wjeżdża mi się bosko. Szczególnie, że słońce przyjemnie mnie otula promieniami podczas gdy wilgoć i podeszczowy chłód bijący od szosy nie pozwalają mi rozpłynąć się z wysiłku w pocie czoła. Idealny wjazd na górę! Oprócz tego mam dobrą muzę na uszach: Nina Simone mi przyśpiewuje „Ain’t Got No…” o tym, że ogólnie nie ma niczego, nawet kiecki i, że ma tylko życie i wolność. Piosenka jest bardzo motywująca i myślę sobie o tym ile mam szczęścia, że również mogę cieszyć się wolnością i sobie robić różne fajne rzeczy, które przyjdą mi do głowy. Ta myśl dodaje mi energii pod koniec góry, kiedy mięśnie odmawiają już posłuszeństwa i po godzinie góra zostaje zjechana ze wszystkich stron. Ale dostała!

O 16 pozostało mi już tylko kilka kilometrów do obranego przeze mnie celu. Powinnam tam dojechać maximum do 18. Niestety, dojazd, nie dość, że jest jakąś okrężną trasą, to jeszcze przez zabójcze góry oraz mieściny, w których co 5metrów musze pytać się o drogę by nie zgubić się jeszcze bardziej.

Góry górom nierówne. Tak jak kilometry. 30 kilometrów po płaskim robi się przed śniadaniem. W górach ciągną się one w nieskończoność. Góry natomiast są fajne i zabawne w porze poranno-popołudniowej, natomiast pod koniec dnia potrafią dobić.

Zajeżdżam do wybranej przeze mnie miejscowości. Nie ma kempingu! Jest w oddalonej o 5km miejscowości, w przeciwnym kierunku do tego, w którym jadę. Ale to tylko 5km. I tylko trochę pod górę. Nie, ludzie nie rozumieją, że kiedy spędziło się pól dnia na jeździe w deszczu a drugie pół na jeżdżeniu w kółko w górę i w dół to „tylko 5km” może wykończyć. W tym mieście nie ma nawet hotelu czy schroniska…?! Świetnie, na dziko będę nad rzeką się rozbijać, skoro nie są skłonni mi udostępnić swojego ogrodu. Nie, mąż podwiezie mnie te 5km autem! Nie wiem czy to wieczorne zmęczenie czy co, ale droga wydaje mi się śmiertelnie trudna. Poległabym o tu w rowie a moje ciało zjedzone by zostało przez wiewiórki, zanim ktokolwiek by się skapnął, że tam leżę… Podwózka 5km: jutro będę musiała ją odpracować, gdyż praktycznie cofnęłam się w tył!

Kemping, na który zajeżdżam jest jakiś dziwny… Wygląda jak duże blokowisko, slumsy, tyle że zamiast bloków roi się na nim od przyczep. Niektóre stoją tu już chyba od kilku-kilkunastu lat, gdyż dosłownie *wrosły* w podłoże, a niektóre weszły już nawet w stan rozkładu… Taki kemping widmo… Buuu, ale strasznie. Są jacyś ludzie, ale znów nikt do nikogo się nie odzywa (a może do dusze zmarłych kempingowców?). Teraz już wiem, jak wygląda cmentarz przyczep!

Wbrew pozorom jednak nie jestem rozczarowana takim stanem rzeczy. Jestem tak PADNIĘTA, że przynajmniej nie będę musiała do nikogo buzi otwierać! Jeśli nie chce mi się już gadać (nawet do siebie w myślach!), to znaczy, że jestem rzeczywiście lekko zmęczona! Oprócz tego jestem strasznie głodna i pochłaniam kolację tak, jak gdybym od tygodnia przynajmniej nie jadła. 23ga. O nie! Jeszcze miałam ciuchy wyprać! Trudno, od brudu nikt jeszcze nie umarł a nie mam czasu czekać godzinę na pranie i drugie tyle na suszenie. Kierunek: śpiwór.

Km: 92.97

Max: 63km/h

Czas: 6:00.53

Średnia prędkość: 15.4km/h

Całkowity dystans: 940.11km

Parujące góry lasów. Na logikę powinno być gorąco, ale wtedy padał akurat deszcz albo powietrze było jakieś takie wilgotne a drzewa i tak parowały.

Jedyny krzyż jaki przejechałam ale za to z pompą!

Pyssssssssszny obiad za 6eur!

Widzicie ścieżkę rowerową? Ja też nie!

To tutaj skubana miała 50 centymetrów szerokości!

Drogowskaz i wszystko jasne. Czy aby na pewno?

Zajazd pt: podwieczorek.

Parking dla panów z laskami.

Zaczyna się boskie pod górkę. Asfalt jak na autostradzie, wokół tylko drzewa i cała droga dla mnie. Więcej takich gór poproszę!

Żeby nie było: na tą górkę dobrze zapracowałam. 3 razy jechałam w tę i we wtę by do dobrej drogi dojechać.

Ścieżka rowerowa była naprawdę pierwsza klasa: w dużym, starym, soczystym, aromatycznym, pachnącym lesie...

To zdjęcie miało "uwiecznić chwilę". Po godzinnej wspinaczce trochę się zmachałam. Ale byłam taaaka zadowolona. Po podbitych oczach widać już jednak zmęczenie materiału. Zawiedziona tylko jestem, że potu trudu na moim czole nie widać! A się lał!

Ach te wiatraki. I pani Donovan pani Donovan pani Donovan.

W ogóle nie mogłam sobie przypomnieć gdzie i kiedy zrobiłam to zdjęcie, aż zobaczyłam następne...

...które mi przypomniało, ze to był ten wieczór, kiedy nagle stałam się GŁODNA JAK WILK.

I już tylko o jedzeniu mogłam myśleć. W menażce robi się gulasz, a wokół wyłożony cały prowiant.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Dzień 9 (ndz 05/07/09)

Wspólne podróże są takie niemodne

Długodystansowe jeżdżenie na rowerze jest podobne do bycia w ciąży. Nie to żebym mówiła z własnego doświadczenia, ale porównuję to do tego czego się naczytałam, nasłuchałam czy naoglądałam w filmach (a ci którzy osobiście byli w ciąży będą mogli potwierdzić bądź zaprzeczyć). Szczególnie w lecie. Jadąc w skwarze (i to pod górę) człowiekowi ciągle chce się pić. Wlewa więc w siebie hektolitry wody, jednak zanim ta przemknie przez przełyk czuje już, że w ustach znowu robi się sucho i znowu chce się pić. Pije więc tyle, że brzuch robi się rozmiarów ciążowych… Fizyczne podobieństwo to nie koniec. Wahania nastroju: jak się widzi ogromną górę, to sobie człowiek myśli: „roweru mi się zachciało”, za górą natomiast uczucia robią obrót o 180 stopni i droga jest najradośniejszym miejscem na ziemi. Zmiany nastroju nie są jednak wyłącznością gór. Czasami jest fajnie i rower jest największa miłością życia a innymi razy jest znienawidzonymi „kółkami na patykach”. Jeszcze inne podobieństwo to nagłe zachcianki i „widzimisie”. 20 km za Luxemburgiem zachciało mi się nagle piwa. Zdziwiłam się, gdyż NIGDY piwa nie pijam, nawet gdy mi za to płacą. A tu nagle tylko to piwo i piwo mi w głowie. Przez 10km, 20, 30… Okej, poddaję się. Idziemy do „Biergarten”. Kupuję 0,33 jakiegoś jasnego i wypijam w 5 sekund. Boże jakie dobre. Mogłabym tak jeszcze ze trzy rundki zrobić, ale prowadzę i chcę pozostać odpowiedzialnym kierowcą.

Dzisiaj zmieniam taktykę jazdy. Do tej pory przerwy wyznaczały mi przejechane kilometry. Drugie śniadanie nie wcześniej niż po 40km. Obiad po kolejnych 40. I zakaz rozglądania się za spaniem przed kolejnymi 20… Cały czas wzrok miałam przyklejony do licznika i zamieniałam się powoli w kilometrowego gestapo. Koniec z tym. Na liczniku wciskam opcję wyświetlania zwykłego zegara i postanawiam nawet nie patrzeć na prędkość. Zatrzymywać się będę w równych odstępach czasu (co ok. 2 godziny), albo po prostu w zależności od tego czy jestem głodna czy nie. To wrzucenie na luz jest świetne! O 18tej w ogóle nie czuję, że przejechałam kolejne 100km…

Choć na trasie, trzeba przyznać, czuję zmęczenie materiału. Jestem zmęczona fizycznie dużym wysiłkiem ale także tym, że poprzedniej nocy marnie spałam. Z powodu krzywego podłoża (lekkie nachylenie) cały czas ześlizgiwałam się z maty (to tylko zabawnie brzmi) a co za tym idzie ciągle się budziłam. Ehhh… Rano ponownie się zbudziłam bez budzika, a widząc, że jest 7:00 „radośnie” zerwałam się na nogi ciesząc się, że męczarnia się skończyła (połączenie pojęć „sen” i „męczarnia” jest u mnie niespotykane!).

Jedząc śniadanie (przygotowanie i spożycie zajmuje mi dobre 40 minut: to chyba jedyny moment dnia kiedy się nie śpieszę!) podziwiam niesamowitą koordynację działań mamy i taty z rowerowej rodzinki z namiotu obok. Muszą spakować 5 razy więcej rzeczy niż ja a są ode mnie szybsi!

Wyruszam w drogę o 9.20. Nic ciekawego do zdania nie mam, oprócz tego, że już zaczynam rozumieć jak cały system ścieżek rowerowych w Niemczech działa. Może uda mi się więc coś wykombinować, aby jutro zrobić konkretny ruch z Lichtenfels, w którym właśnie nocuję, w okolice Hof, a przy tym nie umrzeć jadąc pod konkretną górę… Muszę zaopatrzyć się w nowe mapy.

Myśląc tak sobie o sklepach oraz o tym, że na obiad mam tylko warzywa i muszę gdzieś zrobić zakupy, uzmysławiam sobie, że poprzedniego dnia zapomniałam, że była sobota i że dzień następny to niedziela, kiedy WSZYSTKO jest zamknięte. Jest więc kiepsko. Została mi jedna puszka warzyw, dwa banany i jedno jabłko. Trochę cienko… Obiad więc jem w restauracji w małej mieścinie Hallstadt. Bardzo dobra ryba na zimno (a la śledź) z ziemniakami plus kawa za 6,50. Taniej niż jakichś kebap itp!

Dzisiaj chcę dojechać na kamping tuż przed Michelau. W trakcie jazdy spotykam innych rowerzystów, którzy dołączają się do mnie na czas pokazania mi drogi (nie ma szans nie zgubić się w niektórych mieścinach). Dostaję dużo komplementów, np. takich, że pan zrobił dzisiaj tylko 50km a nie 100 jak ja, a ledwo co może za mną nadążyć. Robię się dobra!

Do Michelau dojeżdżam o 17 i idę na neta. W mieście proszę dwie kilkunastoletnie dziewczynki na rowerach aby mnie zaprowadziły na kemping. Coraz lepiej umiem prosić o pomoc. Proszę wszystkich o prawie wszystko. Proszenie nie było nigdy dla mnie łatwe (diagnoza: typ Zosi Samosi). Okazuje się jednak, że im więcej proszę, tym lepiej mi się żyje!

Na kempingu jestem ok. 18. Ale super: w końcu będę mogła pójść spać o normalnej porze!

A gdzie tam! Przed recepcją, pijąc kawę i po prostu się relaksując, poznaję przeuroczą panią Caren, z którą rozmawiam przez pół godziny i która zaprasza mnie do siebie na kolację.

Caren jest psychoterapeutą pracującym w ośrodku dla osób uzależnionych od narkotyków. Opowiada mi o swojej pracy i wykonuje ze mną kilka ćwiczeń aby lepiej zobrazować wykładaną mi teorię. Dowiaduję się, albo raczej sobie uświadamiam, że człowiek funkcjonuje na czterech poziomach. Jest to co myślimy, czujemy, robimy i odczuwamy fizycznie (puls, bicie serca, temperatura). Bezpośredni wpływ mamy na trzy z tych poziomów: nie możemy jedynie zmieniać naszych uczuć. Możemy to jednak robić przechodząc przez pozostałe poziomy. Siedzimy na kempingu, komary mają ucztę (one mnie uwielbiają!), robi się trochę chłodno i ciemno. Jeśli tak myślimy o tym wieczorze to możemy się czuć średnio fajnie. Wystarczy jednak pomyśleć nieco inaczej: że są wakacje, że siedzimy na łonie natury, jemy pyszną kolację i że z kampingowania nie wypada wrócić bez przynajmniej kilku bąbli po komarach i od razu czujemy się lepiej. To dlatego pracując z osobami wychodzącymi z uzależnienia jedną z taktyk w momencie uczucia „głodu narkotykowego” jest np. branie zimno-gorącego prysznica (od tego wyszła cała dyskusja o poziomach, gdyż nie widziałam związku).

Robię Caren zdjęcie a ona chce zrobić mi. Niestety, okazuje się, że jej aparat jest popsuty. Bierze więc mój aparat i każe mi wysłać sobie zrobione przez nią zdjęcie. Tak się chichramy, że jakieś poprawne politycznie ujęcie wychodzi nam po 10minutach. Ale Caren nie ma mejla. Nie używa komputera gdyż kojarzy go tylko i wyłącznie z pracą. Nie ma problemu: naziemna poczta jeszcze nie zginęła.

Wieczór kończymy stwierdzeniem, że tak jak wszystko, podróżowanie w pojedynkę (Caren jest na wakacjach także solo) ma swoje plusy i minusy. Dzięki niemu jesteśmy jednak bardziej otwarci na innych i bardziej dla nich dostępni. Gdybym podróżowała z kimś, zamknęlibyśmy się z pewnością w naszym małym światu „we dwójkę” i komuś z zewnątrz trudno by się było do takiej twierdzy się przebić.

Km: 102.83

Max: 42km/h

Czas: 5.11:34

Średnia prędkość: 19.8km/h

Całkowity dystans: 847.14km

Rodzina w akcji: pakowanie, czesanie, śniadanie...

Najmłodsza kolarka przygotowuje swoją mapę. Ja korzystam z gościny i rozwalam się ze śniadaniem na ich przenośnym stole. Śniadanie z klasą!

Rodzice pakują, dziewczyny grają.

Rowerowa rodzina w komplecie.

Niemcy mają autostrady nawet dla rowerów. Tutaj znane wszystkim niemieckie płyty.

Kolejna pierzyna zbożowa.

Śliczna, radosna architektura.

Detal.

Tak, to kościół, z gatunku krasnoludów.

Wejście do starego miasta.

Kolacja z Caren.