wtorek, 7 lipca 2009

Dzień 10 (pon 06/07/09)

Póki się nie roztapiasz: JEDŹ!

Dzień zaczynam o 7mej gotując na klęczkach moją owsiankę i posępnie przyglądając się zbierającym się nade mną chmurom. Babcia może być na górze nawet VIPem, ale z takimi chmurami to tylko szefu może zrobić porządek. Będzie padać.

O 9tej jestem w księgarni. Na podłodze na środku sklepu rozkładam mapy i opracowuję szybko trasę. Ooops, będzie przez wszystkie góry świata. Na dworze już leje. Szybki sprawdzian: z cukru nie jestem, rozpuścić się nie rozpuszczę. Jedziemy. Nie jest źle. Trochę mokro i zimno. Dopóty dopóki ścieżka rowerowa nie postanawia mi się gdzieś schować (na wsi są one baaardzo źle oznakowane). W pewnym momencie ląduje na środku łąki, w trawie po kolana, do jednej drogi mam 800m, do krajowej 400 pod górkę. Okej, idziemy do krajowej. No bo jak ja mam ścieżkami jechać, skoro one ciągle mi się chowają?! A niektóre to raczej przeznaczone są do jazdy ekstremalnej: mają pół metra szerokości, są umieszczone pomiędzy żywopłotami, gdzie nie odpuści sobie ŻADNA pokrzywa czy inne zielsko i jak przejeżdżasz to wymierza ci w nogi i w twarz. Trudno, pojadę znienawidzoną krajówką. Przyjemnie nie jest (z powodu stresujących aut) ale przynajmniej się nie gubię i dojeżdżam do tego miasta, do którego chciałam.

Deszcz, oprócz tego, że potrafi być wredny i nieprzyjemny, ma jeszcze inną właściwość: wyciąga zapachy. Cały dzień czuję to drzewa, to jakieś uprawy, zioła albo ciepły wiatr (też ma zapach!). W którymś momencie jest mi słodko. Zapach przypomina mi truskawki albo poziomki. Hej, stop, tu po lewej jest pole truskawkowe!!! Widzę nawet owoce! Zatrzymuję się! Nie! Pada deszcz! Jak zejdę z roweru i zacznę w polu się babrać, to na rower już nie wsiądę. Wsiąść na rower jak pada by się karnąć 100km nie jest takie łatwe! Z rozdartym sercem przejeżdżam więc niczym niewzruszona koło pola, mając w duchu nadzieję, że jakieś inne pole się jeszcze znajdzie.

Po przerwie obiadowej w małym barze przy stacji benzynowej (najtańsze i najlepsze jedzenie!) wychodzi słońce. Bardzo się cieszę, gdyż przede mną pasmo górzystych lasów.

Na góry wjeżdża mi się bosko. Szczególnie, że słońce przyjemnie mnie otula promieniami podczas gdy wilgoć i podeszczowy chłód bijący od szosy nie pozwalają mi rozpłynąć się z wysiłku w pocie czoła. Idealny wjazd na górę! Oprócz tego mam dobrą muzę na uszach: Nina Simone mi przyśpiewuje „Ain’t Got No…” o tym, że ogólnie nie ma niczego, nawet kiecki i, że ma tylko życie i wolność. Piosenka jest bardzo motywująca i myślę sobie o tym ile mam szczęścia, że również mogę cieszyć się wolnością i sobie robić różne fajne rzeczy, które przyjdą mi do głowy. Ta myśl dodaje mi energii pod koniec góry, kiedy mięśnie odmawiają już posłuszeństwa i po godzinie góra zostaje zjechana ze wszystkich stron. Ale dostała!

O 16 pozostało mi już tylko kilka kilometrów do obranego przeze mnie celu. Powinnam tam dojechać maximum do 18. Niestety, dojazd, nie dość, że jest jakąś okrężną trasą, to jeszcze przez zabójcze góry oraz mieściny, w których co 5metrów musze pytać się o drogę by nie zgubić się jeszcze bardziej.

Góry górom nierówne. Tak jak kilometry. 30 kilometrów po płaskim robi się przed śniadaniem. W górach ciągną się one w nieskończoność. Góry natomiast są fajne i zabawne w porze poranno-popołudniowej, natomiast pod koniec dnia potrafią dobić.

Zajeżdżam do wybranej przeze mnie miejscowości. Nie ma kempingu! Jest w oddalonej o 5km miejscowości, w przeciwnym kierunku do tego, w którym jadę. Ale to tylko 5km. I tylko trochę pod górę. Nie, ludzie nie rozumieją, że kiedy spędziło się pól dnia na jeździe w deszczu a drugie pół na jeżdżeniu w kółko w górę i w dół to „tylko 5km” może wykończyć. W tym mieście nie ma nawet hotelu czy schroniska…?! Świetnie, na dziko będę nad rzeką się rozbijać, skoro nie są skłonni mi udostępnić swojego ogrodu. Nie, mąż podwiezie mnie te 5km autem! Nie wiem czy to wieczorne zmęczenie czy co, ale droga wydaje mi się śmiertelnie trudna. Poległabym o tu w rowie a moje ciało zjedzone by zostało przez wiewiórki, zanim ktokolwiek by się skapnął, że tam leżę… Podwózka 5km: jutro będę musiała ją odpracować, gdyż praktycznie cofnęłam się w tył!

Kemping, na który zajeżdżam jest jakiś dziwny… Wygląda jak duże blokowisko, slumsy, tyle że zamiast bloków roi się na nim od przyczep. Niektóre stoją tu już chyba od kilku-kilkunastu lat, gdyż dosłownie *wrosły* w podłoże, a niektóre weszły już nawet w stan rozkładu… Taki kemping widmo… Buuu, ale strasznie. Są jacyś ludzie, ale znów nikt do nikogo się nie odzywa (a może do dusze zmarłych kempingowców?). Teraz już wiem, jak wygląda cmentarz przyczep!

Wbrew pozorom jednak nie jestem rozczarowana takim stanem rzeczy. Jestem tak PADNIĘTA, że przynajmniej nie będę musiała do nikogo buzi otwierać! Jeśli nie chce mi się już gadać (nawet do siebie w myślach!), to znaczy, że jestem rzeczywiście lekko zmęczona! Oprócz tego jestem strasznie głodna i pochłaniam kolację tak, jak gdybym od tygodnia przynajmniej nie jadła. 23ga. O nie! Jeszcze miałam ciuchy wyprać! Trudno, od brudu nikt jeszcze nie umarł a nie mam czasu czekać godzinę na pranie i drugie tyle na suszenie. Kierunek: śpiwór.

Km: 92.97

Max: 63km/h

Czas: 6:00.53

Średnia prędkość: 15.4km/h

Całkowity dystans: 940.11km

Parujące góry lasów. Na logikę powinno być gorąco, ale wtedy padał akurat deszcz albo powietrze było jakieś takie wilgotne a drzewa i tak parowały.

Jedyny krzyż jaki przejechałam ale za to z pompą!

Pyssssssssszny obiad za 6eur!

Widzicie ścieżkę rowerową? Ja też nie!

To tutaj skubana miała 50 centymetrów szerokości!

Drogowskaz i wszystko jasne. Czy aby na pewno?

Zajazd pt: podwieczorek.

Parking dla panów z laskami.

Zaczyna się boskie pod górkę. Asfalt jak na autostradzie, wokół tylko drzewa i cała droga dla mnie. Więcej takich gór poproszę!

Żeby nie było: na tą górkę dobrze zapracowałam. 3 razy jechałam w tę i we wtę by do dobrej drogi dojechać.

Ścieżka rowerowa była naprawdę pierwsza klasa: w dużym, starym, soczystym, aromatycznym, pachnącym lesie...

To zdjęcie miało "uwiecznić chwilę". Po godzinnej wspinaczce trochę się zmachałam. Ale byłam taaaka zadowolona. Po podbitych oczach widać już jednak zmęczenie materiału. Zawiedziona tylko jestem, że potu trudu na moim czole nie widać! A się lał!

Ach te wiatraki. I pani Donovan pani Donovan pani Donovan.

W ogóle nie mogłam sobie przypomnieć gdzie i kiedy zrobiłam to zdjęcie, aż zobaczyłam następne...

...które mi przypomniało, ze to był ten wieczór, kiedy nagle stałam się GŁODNA JAK WILK.

I już tylko o jedzeniu mogłam myśleć. W menażce robi się gulasz, a wokół wyłożony cały prowiant.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Dzień 9 (ndz 05/07/09)

Wspólne podróże są takie niemodne

Długodystansowe jeżdżenie na rowerze jest podobne do bycia w ciąży. Nie to żebym mówiła z własnego doświadczenia, ale porównuję to do tego czego się naczytałam, nasłuchałam czy naoglądałam w filmach (a ci którzy osobiście byli w ciąży będą mogli potwierdzić bądź zaprzeczyć). Szczególnie w lecie. Jadąc w skwarze (i to pod górę) człowiekowi ciągle chce się pić. Wlewa więc w siebie hektolitry wody, jednak zanim ta przemknie przez przełyk czuje już, że w ustach znowu robi się sucho i znowu chce się pić. Pije więc tyle, że brzuch robi się rozmiarów ciążowych… Fizyczne podobieństwo to nie koniec. Wahania nastroju: jak się widzi ogromną górę, to sobie człowiek myśli: „roweru mi się zachciało”, za górą natomiast uczucia robią obrót o 180 stopni i droga jest najradośniejszym miejscem na ziemi. Zmiany nastroju nie są jednak wyłącznością gór. Czasami jest fajnie i rower jest największa miłością życia a innymi razy jest znienawidzonymi „kółkami na patykach”. Jeszcze inne podobieństwo to nagłe zachcianki i „widzimisie”. 20 km za Luxemburgiem zachciało mi się nagle piwa. Zdziwiłam się, gdyż NIGDY piwa nie pijam, nawet gdy mi za to płacą. A tu nagle tylko to piwo i piwo mi w głowie. Przez 10km, 20, 30… Okej, poddaję się. Idziemy do „Biergarten”. Kupuję 0,33 jakiegoś jasnego i wypijam w 5 sekund. Boże jakie dobre. Mogłabym tak jeszcze ze trzy rundki zrobić, ale prowadzę i chcę pozostać odpowiedzialnym kierowcą.

Dzisiaj zmieniam taktykę jazdy. Do tej pory przerwy wyznaczały mi przejechane kilometry. Drugie śniadanie nie wcześniej niż po 40km. Obiad po kolejnych 40. I zakaz rozglądania się za spaniem przed kolejnymi 20… Cały czas wzrok miałam przyklejony do licznika i zamieniałam się powoli w kilometrowego gestapo. Koniec z tym. Na liczniku wciskam opcję wyświetlania zwykłego zegara i postanawiam nawet nie patrzeć na prędkość. Zatrzymywać się będę w równych odstępach czasu (co ok. 2 godziny), albo po prostu w zależności od tego czy jestem głodna czy nie. To wrzucenie na luz jest świetne! O 18tej w ogóle nie czuję, że przejechałam kolejne 100km…

Choć na trasie, trzeba przyznać, czuję zmęczenie materiału. Jestem zmęczona fizycznie dużym wysiłkiem ale także tym, że poprzedniej nocy marnie spałam. Z powodu krzywego podłoża (lekkie nachylenie) cały czas ześlizgiwałam się z maty (to tylko zabawnie brzmi) a co za tym idzie ciągle się budziłam. Ehhh… Rano ponownie się zbudziłam bez budzika, a widząc, że jest 7:00 „radośnie” zerwałam się na nogi ciesząc się, że męczarnia się skończyła (połączenie pojęć „sen” i „męczarnia” jest u mnie niespotykane!).

Jedząc śniadanie (przygotowanie i spożycie zajmuje mi dobre 40 minut: to chyba jedyny moment dnia kiedy się nie śpieszę!) podziwiam niesamowitą koordynację działań mamy i taty z rowerowej rodzinki z namiotu obok. Muszą spakować 5 razy więcej rzeczy niż ja a są ode mnie szybsi!

Wyruszam w drogę o 9.20. Nic ciekawego do zdania nie mam, oprócz tego, że już zaczynam rozumieć jak cały system ścieżek rowerowych w Niemczech działa. Może uda mi się więc coś wykombinować, aby jutro zrobić konkretny ruch z Lichtenfels, w którym właśnie nocuję, w okolice Hof, a przy tym nie umrzeć jadąc pod konkretną górę… Muszę zaopatrzyć się w nowe mapy.

Myśląc tak sobie o sklepach oraz o tym, że na obiad mam tylko warzywa i muszę gdzieś zrobić zakupy, uzmysławiam sobie, że poprzedniego dnia zapomniałam, że była sobota i że dzień następny to niedziela, kiedy WSZYSTKO jest zamknięte. Jest więc kiepsko. Została mi jedna puszka warzyw, dwa banany i jedno jabłko. Trochę cienko… Obiad więc jem w restauracji w małej mieścinie Hallstadt. Bardzo dobra ryba na zimno (a la śledź) z ziemniakami plus kawa za 6,50. Taniej niż jakichś kebap itp!

Dzisiaj chcę dojechać na kamping tuż przed Michelau. W trakcie jazdy spotykam innych rowerzystów, którzy dołączają się do mnie na czas pokazania mi drogi (nie ma szans nie zgubić się w niektórych mieścinach). Dostaję dużo komplementów, np. takich, że pan zrobił dzisiaj tylko 50km a nie 100 jak ja, a ledwo co może za mną nadążyć. Robię się dobra!

Do Michelau dojeżdżam o 17 i idę na neta. W mieście proszę dwie kilkunastoletnie dziewczynki na rowerach aby mnie zaprowadziły na kemping. Coraz lepiej umiem prosić o pomoc. Proszę wszystkich o prawie wszystko. Proszenie nie było nigdy dla mnie łatwe (diagnoza: typ Zosi Samosi). Okazuje się jednak, że im więcej proszę, tym lepiej mi się żyje!

Na kempingu jestem ok. 18. Ale super: w końcu będę mogła pójść spać o normalnej porze!

A gdzie tam! Przed recepcją, pijąc kawę i po prostu się relaksując, poznaję przeuroczą panią Caren, z którą rozmawiam przez pół godziny i która zaprasza mnie do siebie na kolację.

Caren jest psychoterapeutą pracującym w ośrodku dla osób uzależnionych od narkotyków. Opowiada mi o swojej pracy i wykonuje ze mną kilka ćwiczeń aby lepiej zobrazować wykładaną mi teorię. Dowiaduję się, albo raczej sobie uświadamiam, że człowiek funkcjonuje na czterech poziomach. Jest to co myślimy, czujemy, robimy i odczuwamy fizycznie (puls, bicie serca, temperatura). Bezpośredni wpływ mamy na trzy z tych poziomów: nie możemy jedynie zmieniać naszych uczuć. Możemy to jednak robić przechodząc przez pozostałe poziomy. Siedzimy na kempingu, komary mają ucztę (one mnie uwielbiają!), robi się trochę chłodno i ciemno. Jeśli tak myślimy o tym wieczorze to możemy się czuć średnio fajnie. Wystarczy jednak pomyśleć nieco inaczej: że są wakacje, że siedzimy na łonie natury, jemy pyszną kolację i że z kampingowania nie wypada wrócić bez przynajmniej kilku bąbli po komarach i od razu czujemy się lepiej. To dlatego pracując z osobami wychodzącymi z uzależnienia jedną z taktyk w momencie uczucia „głodu narkotykowego” jest np. branie zimno-gorącego prysznica (od tego wyszła cała dyskusja o poziomach, gdyż nie widziałam związku).

Robię Caren zdjęcie a ona chce zrobić mi. Niestety, okazuje się, że jej aparat jest popsuty. Bierze więc mój aparat i każe mi wysłać sobie zrobione przez nią zdjęcie. Tak się chichramy, że jakieś poprawne politycznie ujęcie wychodzi nam po 10minutach. Ale Caren nie ma mejla. Nie używa komputera gdyż kojarzy go tylko i wyłącznie z pracą. Nie ma problemu: naziemna poczta jeszcze nie zginęła.

Wieczór kończymy stwierdzeniem, że tak jak wszystko, podróżowanie w pojedynkę (Caren jest na wakacjach także solo) ma swoje plusy i minusy. Dzięki niemu jesteśmy jednak bardziej otwarci na innych i bardziej dla nich dostępni. Gdybym podróżowała z kimś, zamknęlibyśmy się z pewnością w naszym małym światu „we dwójkę” i komuś z zewnątrz trudno by się było do takiej twierdzy się przebić.

Km: 102.83

Max: 42km/h

Czas: 5.11:34

Średnia prędkość: 19.8km/h

Całkowity dystans: 847.14km

Rodzina w akcji: pakowanie, czesanie, śniadanie...

Najmłodsza kolarka przygotowuje swoją mapę. Ja korzystam z gościny i rozwalam się ze śniadaniem na ich przenośnym stole. Śniadanie z klasą!

Rodzice pakują, dziewczyny grają.

Rowerowa rodzina w komplecie.

Niemcy mają autostrady nawet dla rowerów. Tutaj znane wszystkim niemieckie płyty.

Kolejna pierzyna zbożowa.

Śliczna, radosna architektura.

Detal.

Tak, to kościół, z gatunku krasnoludów.

Wejście do starego miasta.

Kolacja z Caren.

niedziela, 5 lipca 2009

Dzień 8 (sob 04/07/09)

Dzieci to nie wymówka!

Dzisiaj, jeśli siły mnie nie opuszczą, droga a przede wszystkim POGODA będzie ładna, marzy mi się zrobienie 160km. Muszę znowu do Wertheim dojechać a potem chcę „na skróty” przez górę i las sie wypuscic. Zaczynać dzień od dobrej górki by potem bylo „na pazurki” to dobry plan. Trochę tylko boję się tych leśnych ścieżek bo są super źle oznakowane. No ale cóż. Kto nic nie ryzykuje, ten nic nie zyskuje.

Czas się zbierać. Dzisiejsze poranne pisanie sprawiło, że jest już po 10tej i czas na rower mam krótszy. Idę.

***

Dzisiejszy dzień był wspaniały! Wyruszyłam w drogę o 10.30. Pierwsze 5km przemknęło mi tak szybko, że nawet nie zauważyłam. Postanowiłam pojechać sobie na skróty, przez góry. Rzeka trochę mnie znudziła i byłam gotowa na małe wyzwanie. Opracowałam więc własną trasę posługując się skrawkami mapy zawartymi w mojej książce z trasą rowerową. Będzie pod górkę a potem z górki. Najpierw trasa przez las. Wygląda on zupełnie inaczej w dzień niż w nocy. Po drodze wymijam chłopaka rowerzystę, który po kilku minutach dołącza do mnie i razem przejeżdżamy przez las. Wyciaga z zakamarkow umyslu skrawki swojego szkolnego angielskiego i troche rozmawiamy. Ale slodko...

Przede mną teraz góra numer 2. Prawdziwa, bo bede wyjeżdżac z doliny rzeki aby ponownie do niej dojechać po kilkunastu kilometrach.

Trasa SUUUUPER! Najpierw 3km pod górę o nachyleniu 11%. 25 minut i jestem na górze. Po prostu zarąbiście!!! Chyba robię się coraz lepsza. Albo górka nie była za wredna. Najlepsze jednak przede mną. Wyjeżdżam na górę z lasu a przede mną roztacza się piękny widok jakichś 3 km krętej szosy w dół i zero aut. ENJOY! (To chyba tu kręcili tę reklamę auta z gadającym GPSem!). N-I-E-S-A-N-O-W-I-T-E!!! A najlepsze to to, że zjeżdżając z góry wcale nie byłam zziajana po wjeździe. Jeszcze trochę pedałowałam i dobiłam do 75km/h. Najs! Potem znowu trochę pod górę a następnie kręte z górki na pazurki w lesie. UWIELBIAM!

Tak więc w godzinę zrobiłam 16km skrótu zamiast nudnych 26. Kolejny skrót mi w głowie. Zaoszczędzi mi 40km. Dojeżdżając do newralgicznego skrzyżowania muszę zapytać o drogę. Znalezienie strumyka polnego nie jest najłatwiejsze, szczególnie, że fakt, że na mapie jest droga, wcale nie oznacza, że może nią jechać rowerzysta! Zatrzymałam auto, wypytałam się o trasę, mogę jechać. Kiedy już mam ruszać, zatrzymuje się koło mnie inne auto i pyta czy potrzebuję pomocy. Chwilę się waham – w końcu dostałam już wskazówki – ale myślę sobie, a co tam, może będą mieli lepszy pomysł:

- Tak. Próbuję znaleźć krótszą trasę do Schweinfurt. Trasę rowerową, więc chyba powinnam iść do biura informacji i poprosić o mapę?

- Nie, nie. Dokładnie wiemy o co ci chodzi. Dojechanie do ścieżki rowerowej jest dosyć trudne z powodu przecinających się tu dwóch autostrad… możesz się zgubić. Wiesz co, wskakuj do auta, weźmiemy twój rower i podrzucimy cię do ścieżki, żeby zaoszczędzić ci szukania.

Chwilę się waham gdyż jestem bardzo zaskoczona propozycją (reguła jest jednak prosta: im mniejsza mieścina tym przyjaźniejsi ludzie!), ale pamiętając traumę dnia poprzedniego, gdzie na marne jeździłam w kółko przez 2 godziny tracąc czas i energię, radośnie wskakuję do auta.

Zostaję podrzucona 5km, prosto na ścieżkę. Okazuje się, że w niecałe 60km będę dzięki skrótowi dalej na trasie niż w 150km trasy normalnej. Super. Mogę wrzucić więc na luz i jechać tempem spacerowym. To dlatego pewnie nie denerwuję się, kiedy okazuje się, że ścieżka jest zalana przez wodę ze strumyka (po ulewnych deszczach, które raz jeszcze fuksem mnie ominęły! Moja babcia musi mieć chyba jakieś dobre układy tam na górze i nade mną czuwa. Dzięki babcia!). Nawet jeżdżę sobie po tej wodzie w kółko, żeby jakieś fajne zdjęcie zrobić. Nie zniechęcam się nawet kiedy woda ma 10cm głębokości. Aż tu nagle wjeżdżam w 30! Ścieżka pod mostem jest całkowicie zalana na pół metra. Nie przejdę. Sakwy całe mi zmokną i zgnije mi ich zawartość. Co robić? Na szosę wyjść nie mogę, bo jest barierka a roweru nie przeniosę. Muszę obejść ją ze 200 metrów co oznacza przejście po kolana przez zalaną łąkę. No i proszę jak szybko priorytety człowieka się zmieniają w zależności od sytuacji. Nie zależy mi już żeby być czystą i suchą, ale żeby jak najszybciej znaleźć się na bezpiecznej szosie. Dlatego jestem w stanie po kolana do wody wejść. Na szczęście jest baaardzo ciepła. Jest taki skwar, że po prostu za kąpiel mi to robi (notka mentalna: wakacje = woda = zawsze brać ze sobą kostium kąpielowy!).

Trasa jest fajna łatwa i przyjemna. Trochę się jedzie w szczerym polu, trochę nad strumieniem, trochę po uroczych miejscowościach. Przejeżdżam także koło czereśni z ogromnymi, brązowymi owocami. Rano zebrałam w innym miejscu z pół kilo małych czereśni (nie wiedziałam, że istnieje kilka odmian i nie chcę wiedzieć jeśli to nie prawda i najadłam się jakichś przysmaków dla ptaków czy coś takiego), te natomiast są takie, jakie z Polski znam. WYŚMIENITE!!! Po kolejnym ogromnym sukcesie owocowym, jeszcze usilniej wypatruję truskawek (marzy mi się zjedzenie takich prosto z pola…) a znajduję porzeczki. Przed zjedzeniem pierwszej chwilę się waham, bo od lat porzeczek nie jadłam a te są nieco inne od gatunku, który pamiętam. Mam zdjęcia, ale jeśli ponownie najadłam się pożywienia saren czy ptaków to oznajmiam, że wolę żyć w błogiej nieświadomości dnia następnego i o niczym nie wiedziec.

Co do nieświadomości, tak sobie myślałam, że nie mogłabym chyba nigdy zrobić tej samej trasy rowerowej dwa razy. Cała przyjemność jest bowiem w odkrywaniu i w tym, że nie wiesz, co czeka cię za rogiem. Gdybym bowiem była świadoma wszystkich górków i pagórków na mojej trasie, to zostałabym pewnie w domu. A tak, za każdym szczytem kryje się nadzieja zjazdu, która umożliwia wdrapanie się na górę, nawet gdy jest ciężko.

Jestem prawie na miejscu. Słońce jest, muzyka na uszach jest – żyć nie umierać. Mam kilka kawałków na moim MP3, których nie rozpoznaje. Słuchałam ich już tyle razy, ale nie mogę sobie przypomnieć kiedy je pościągałam. Aż tu nagle – nie wiem czy to wiatr we włosach czy co – olśnienie! To kawałki, które kiedyś na wieczorku z przyjaciółmi ze szkoły, zaczęłam o 2giej w nocy zgrywać na mój sprzęt. Dlaczego fakt ten pamietam jak zza mgly jest juz jednak tematem na innego mejla. Odkrycie to wywoluje zas lawinę wspomnień z owego wieczoru, do tego stopnia, że zaczynam się śmiać sama do siebie na caly glos (tak czasem miewam…).

Do campingu dojechałam tym razem bez problemu. Potowarzyszył mi rowerzysta, którego zapytałam o drogę. Zajeżdżam o 20. Namiot rozbijam koło… rowerowej rodzinki! Mama, tata, 7-letnia córka oraz dwie młodsze siostrzyczki w przyczepie są na 3ciej wspólnej wyprawie rowerowej. Tym razem jadą ze wschodu Niemiec (sami są z Czech, ale w Czechach nie ma jak rowerami jeździć) do Londynu. Na rowerach! Postanowili tak podróżować po narodzinach 3ciego dziecka. W pierwszą trasę wyjechali jak dziecko miało 5 miesięcy!!! A mała 5-latka dzielnie już sama jechała u boku rodziców. Niesamowite! A mnie się wydawało, że rower jest właśnie tym, co absolutnie kłóci się z ideą dzieci… Już nie mam żadnych wymówek!

Jemy razem kolację, wymieniamy się wskazówkami, spostrzeżeniami. Wiem już np. jak naładować komputer (tak, nie miałam miejsca na drugi t-shirt i skarpetki, ale kompa wzięłam!) i komórkę: w toalecie!!! I to z tego uroczego miejsca teraz do Was piszę… ha ha!

Cały dzień po prostu super. Jedyne co mnie martwi, to moja prawa ręka. Mam problem w poruszaniu nią i juz wiem na czym on polega. Z jakiegoś powodu palec wskazujący zaczął mi się krzywo zginać w jednym ze stawów. Mam tak od trzeciego dnia jazdy i nie rozumiem dlaczego. Nie jest ani spuchnięty, ani czerwony, nie pamiętam również żebym się gdzieś uderzyła. Wcześniej myślałam, że to całe dłonie bolą mnie od kierownicy (palce cierpną i tracę czucie pod koniec dnia = jak w stanie przedzawałowym według mojego taty, ale to co innego), ale teraz widzę, że to tylko palec wskazujący. Tak jakby mięśnie go trzymające nagle puściły… no ale co, od „nie profesjonalnego” trzymania za kierownicę? Śmiesznie będzie, jak przejadę całe te 1500km, a do lekarza pójdę ze zwichniętym palcem! Ale wstyd!

Km: 99.91

Max: 73km/h

Czas: 5:35.22

Średnia prędkość: 17.8km/h

Jaki kemping sobie znalazłam! Nie dość, że piekielnie drogi (13eur = złodziejstwo w biały dzień!!!) to jeszcze tak mi haki powyginał. Ale się wkurzyłam. Kusiło mnie żeby z niego wyjechać bez płacenia, ale doszłam do wniosku, że nie będę jak wsi robić.

Po spakowaniu wszystkiego, po kawce na przebudzenie wypitej i namiocie zwiniętym, czas na śniadanie. Ciepła owsianka to obecnie mój ulubiony sposób na rozpoczęcie dnia. Każdego dnia.

Tak wygląda zestaw nomada w pracy.

Okej, ja nie wiem jak aparat to robi, ale spłaszcza wszystkie górki o conajmniej 30%! Na tej było tak stromo, że mi się moje trzewiki rowerowe podbite metalem ślizgały!

Skrótem ostro pod górę przez las jechać się nie da. Drałujemy na piechtę.

Kapliczka + fabryka.

Tak za mną te chmurzyska się szwendały. Ile razy cud mnie spotkał, że nie runęło!

Jechałam na pograniczu burzy. Jak na granicy życia i śmierci. Ale był suspens!!!

Tak wygląda centrum nawigacyjne rowerzysty.

Nad całą rzeką pełno malowniczych zakątków.

Czereśnie po raz drugi. Maciupcie!

A tak wygląda obiad w naturze.

Mówiłam, że malutkie!

Tutaj było już z górki. Pod górkę było 11%!

Państwo, ktorzy zaoszczędzili mi godziny krążenia w kółko!

Zaczyna się lajtowo.

Następnie mój skrót okazuje się przykryty pół metrem wody.

No i nie ma jak przejść. Pod mostem nie wiadomo czy dalej pół metra wody czy już metr. Nie warto ryzykować zginiłych ubrań i podtopionego laptopa.

"Come raaaaain or come shiiiiine" czyli czy to słońce czy to deszcz... idziemy dzielnie naprzód. Woda była przyjemnie ciepła, a cała obeschłam w niespełna godzinę.

Zdjęcie fajne, ale rolnik pewnie mało się czuł zainspirowany artystycznie takim stanem rzeczy.

Porzeczki!

Szybka dawka energii.

Tak się jeździ w szczerym polu (kliknijcie na zdjęcie, by zobaczyć powiększenie).

Czereśnie! Ogromne, dojrzałe, słodkie! Uhmmm!!! (Tak, wiem, mam brudne paznokcie. Ha ha ha ale śmieszne.)